Budapeszt 1.o5.2011
Wieczorem dotarliśmy do Budapesztu. Znowu padał deszcz, ale po znalezieniu zabukowanego wcześniej noclegu, w dość osobliwym miejscu, bo hotel stylizowany na tzw. „dziki zachód”, co wyglądało dość egzotycznie w węgierskim wydaniu językowym…, wsiedliśmy do samochodu i jak japońscy turyści z aparatami w dłoniach, podziwialiśmy Budapeszt z okien samochodu.
Miasto zmieniło się bardzo…, byłam w Budapeszcie trzykrotnie, miał specyficzny, wyjątkowy klimat, pomimo wysokiej zabudowy kamienicznej, na ulicach miasta dało się oddychać, szerokie arterie, brak korków, widoczny horyzont w oddali, zabudowania strzeliste, zwarte, zdobione sztukaterią elewacje kamienic. Budynki wyższe niż na warszawskich ulicach. Już nie wspomnę o wyjątkowej urodzie budynku dworca Keleti… To co kiedyś widziałam, zapamiętałam bardzo pozytywnie.
A jak jest teraz? No cóż… bezlitosna i beznamiętna unifikacja nowoczesnej architektury dotarła i tutaj. Mam na myśli falę multipleksów, modernistycznych brył, powstawianych między zabytki miasta, przypominających mi srebrne, rzucające się w oczy plomby, co mają swoistą właściwość świecić spomiędzy naturalnych zębów i oznajmiać swoim błyskiem, że są w zdecydowanie właściwym miejscu
Zjawisko to dotyczy budynków tzw. sieciowych, hoteli… np. Hilton, centrów handlowych czy innych multipleksów, z których jakby się wyszło w realny świat, to człowiek nie wiedziałby gdzie się znajduje, czy w Budapeszcie, czy w Pradze, czy może w Paryżu…, zaraz zaraz…, a może tym razem w Londynie???
Na potwierdzenie, że jesteśmy w Budapeszcie, zajechaliśmy na budapesztańską Starówkę i Plac Św.Trójcy, gdzie dostęp do perełki miasta – Baszt Rybackich – jest teraz ograniczony szlabanami i za wjazd trzeba zapłacić jak za dostęp do parkingu przy lotnisku!!
Żeby było ciekawiej, a wydaje mi się moim skromnym zdaniem, że jednak nie jest, w bezpośrednim sąsiedztwie starej architektury kamienic i rzeczonych już baszt, postawiono kloc ze szklanymi elewacjami, dość monumentalny dodam, który zdominował okolicę i jak magnez przyciąga wzrok i uwagę patrzących, tym samym odciągając ich od wirtuozerii sztukaterii małej architektury baszt.. O ile pamiętam…, to oczywiście sieciowy amerykański hotel, wspomniany powyżej.
I nie zdziwiłabym się, gdyby zamknięcie tej dzielnicy Budy, wynikło z samego faktu jego tutaj ulokowania.
Po zwiedzaniu dość lakonicznym niestety, po północy już grubo, wróciliśmy do naszego Williams Village Bowling & Country Club Hotel, by nabrać sił przed kolejnym dniem podróży do Austrii.
Nazajutrz, skoro świt…, po treściwej węgierskiej jajecznicy z żółtek, popitej popularnym w dawnych czasach pomarańczowym napojem gazowanym Mirinda, ruszyliśmy w drogę. Oczywiście w deszczu…
cdn. ….
hotice
Dostałam propozycję wyjazdu… nie do odrzucenia oczywiście. Czasu na odpowiedź wiele nie było…, podjęłam więc męską decyzję – jadę! W końcu lubię podróże, wnoszą one w moje życie pierwiastek świeżości i zaspokojenia głodu poznawania świata. Wyjazd dość zintensyfikowany, mający na celu przejechanie trasą, którą będą jeździły wyprawy motocyklowe z Expedition Club, czyli Kraków – Budapeszt – Fusch – Praga – Kraków.
Celem podróży jest Fusch – małe miasteczko leżące u stóp Grossglocknera - najwyższego szczytu Alp tyrolskich – 3798 m npm . A tam… wisienka na torcie dla każdego motocyklisty, a mianowicie – Hochalpenstrasse Grosglockner – nazywana „Rajem Motocyklistów”
http://www.grossglockner.at/de/hochalpenstrasse/
A dla nas… taki mały maraton w kilka dni do odbycia. Trasa do przejechania, opisania, sfotografowania… , znaczy – wyjazd mocno roboczy… Majówka nadawała się do tego idealnie
Tak więc szybkie pakowanie, powiadomienie mojego syna, który miał za zadanie dokumentować wyjazd fotograficznie…, przygotowanie domostwa do mojego wyjazdu na około 6-7 dni, ostatnie dyrektywy na piśmie i… do przodu!
Kierunek —- Dworzec Warszawa Centralna – hmm…, pociągiem nie jechałam chyba z 18 lat…, ale może dam radę…, kiedyś jeździło się na korytarzu, na stojaka, teraz… prawdziwa „ameryka”…, ani tłumu, ani tłoku, ani brudu, smrodu też nie …, ludzie siedzą na swoich miejscach, w przedziale 6 wygodnych foteli…, hmm…, na pierwszy rzut oka widać, że się poprawiło. No ale minęła przecież cała epoka, więc chyba to oczywiste!
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy to po 2h 12′ jazdy stałam już na peronie w Krakowie! No no …, miałam jechać 2h30′, okazało się jednak, że zmiany w PKP posunęły się tak daleko, że i czas przejazdu pociągu drastycznie się skrócił.
Niebywałe! Jak to się świat zmienia, no proszę, proszę…, kto by pomyślał.., a ludzie tak narzekają na PKP ostatnimi czasy… Hmm… a człowiek „męczy” się samochodem, jadąc po tych naszych dziurach ponad 5h często…
Kraków 30.o4.2011
Wyjazd docelowy troszkę nam się opóźnił…, po drodze jeszcze zakupy – jedzenie, woda, leki…, no właśnie… a te okazały się niezbędne, bo złapała mnie zaraza na sam wyjazd
Ruszyliśmy w stronę Zakopanego. I znowu znajome widoki, nie tak dawno zostawione w tyle…, dokładnie tydzień temu przecież byliśmy tutaj na świątecznym wyjeździe.
Było super! Jak chcecie wypocząć tak naprawdę od zgiełku rodzinnego, szykowania sałatek, alkoholowego biesiadowania w niewygodnej pozycji przy stole, przez te kilka dni – wyjedźcie w góry lub nad morze, lub gdzie tylko chcecie…, dla nas były to drugie wyjazdowe Święta Wielkanocne i równie malownicze co te pierwsze, około 12 lat temu, tylko w innym składzie, bo z synem…, teraz Jego miejsce zajęła głodna świata córka nasza
Ale wracam do wyprawy …
Do pokonania mieliśmy dystans ponad 400km, z Krakowa do Budapesztu, tam nocleg a nazajutrz znowu w drogę, już do Fusch w Austrii – kolejny dzień jazdy.
Słowacja, przez którą przejeżdżaliśmy jest niesamowitym krajem…, malowniczym, wręcz stworzonym do przyjmowania turystów, ta masa intensywnej zieleni, piękne widoki, krajobraz układający się kaskadowo, kręte drogi, zapowiadające fajną jazdę, przyprawiającą o dreszczyk emocji…, naprawdę jest tutaj pięknie…, soczyście zielono i wyjątkowo relaksacyjnie.
Z drugiej strony jednak – Słowacja odstrasza brakiem polityki proturystycznej, a dokładniej mówiąc, brakiem infrastruktury. Nigdzie indziej chyba, nie widać wyraźniej szpecących krajobraz reliktów komunizmu, poczynając od przejścia granicznego, aż do opustoszałych zabudowań fabrycznych. No dosłownie, jakby życie wyparowało w tych miejscach. Mijaliśmy miasteczka widmo, na sam ich widok robi się słabo. Ludzie stłoczeni w zaniedbanych blokach, dzieci bawiące się na ulicach, brak koloru, brak ładu, porządku, ogólnie mówiąc jednym słowem „dziadowizna”.
A tak niewiele trzeba, by turyści, którzy i tak zatrzymują samochody na tarasach widokowych, przyjeżdżali tutaj docelowo, a nie przejazdem…, no cóż…, daje się odczuć brak gospodarza ogólnie mówiąc
Dojechaliśmy w nastrojach refleksyjnych do dawnego przejścia granicznego Słowacja-Węgry. Wciąż było pochmurno, na przejściu zaczęło w końcu kropić. Co za irracjonalny i przygnębiający widok!
I pomyśleć, że kiedy ponad 15 lat temu znalazłam się dokładnie w tym samym miejscu, w drodze powrotnej z węgierskiego Tokaju, Słowacy z takim pietyzmem przeszukiwali autokar w poszukiwaniu przemytu papierosowo-alkoholowego, że wszystkich nas – uczestników wyprawy degustacyjnej - wprawili w duży stres. I to nie tym, że mogli coś znaleźć, tylko tym, że byli tacy uparci i wydawało nam się, że po prostu wręcz złośliwi.
Pocieszające było jednak to, że to ostatni taki koszmarny widok tutaj, który zostawiamy za sobą i ostatnie takie niezbyt miłe wspomnienia…
Niewiele dalej… już mniej nostalgicznie i przygnębiająco, chociaż… nie dajemy rady rozczytać napisów nazw, ani miast, ani ulic, ani niczego…, usilnie próbujemy, ale kończy się to niejednokrotnie wielką salwą śmiechu… ![]()
To po prostu są Węgry!
cdn. ……..
hotice ![]()