msgbartop
Blog platformy wydawniczej BACKPEN|COM
msgbarbottom

08 wrz 11 Chwile w Raju…

Niedziela… -  Dzień Pański…- 7 dzień tygodnia .

Stwórca pokazał swoją wszechmoc w sposób wyjątkowo wyraźny, dobitny i jakże przyjemny… . Takiej pogody i takiej intensywności kolorów dawno nie widziałam, no nie pamiętam, no! Kolory zdecydowane, dość jaskrawe, będące kwintesencją siebie i swoich definicji, co prawda jedynie trzy kolory, ale chyba tyle wystarczy, żeby zmysły odpoczęły i nacieszyły się intensywnością barw – przelewającym się bezmiarem oślepiającego błękitu, intensywnym zimnym granatem morza i… pięknym jasnym  beżem piasku, miałkiego jak mąka, no prawie żywcem przeniesionego z plaż najwspanialszych kurortów! :)

Ponieważ na taką pogodę czeka się nad Bałtykiem dniami całymi…,  tygodniami, żeby nie powiedzieć – miesiącami – postanowiłam celebrować ten dzień jak najdłużej się da. Po lekkim śniadaniu udałam się na plażę, nie odmawiając sobie innej jeszcze przyjemności – spaceru po sosnowym lesie, który porasta całą przestrzeń pomiędzy plażą a miasteczkiem. O każdej porze dnia inaczej pachnie, rano wilgocią mchów i grzybni, po południu przyjemnym chłodem ścieżek otulonych dywanami z szyszek. Jest to wyjątkowy las…, jest tu i płasko i pagórkowato, rosną tu paprocie i muchomory, mieszkają jaszczurki, ale jednak nie jest ciężki i ciemny, wręcz przeciwnie… las jest przejrzysty, a sosny porastają go dość tłumnie, wszystkie jakby wychylone ku lądowi, naginane przez sztormy i inne mniej intensywne nadmorskie „halne” podmuchy.

Jest tutaj wszystko czego potrzeba do spacerów, do biegania, do jazdy na rowerze – reasumując – do odpoczynku w każdej formie fizycznej dla początkujących, ale i dla zaawansowanych. Kiedy przegrzejemy ciało na plaży, jakże miło jest poczuć chłód dający ukojenie naszej skórze…, wystarczy zrobić kilka kroków w stronę lasu. Kiedy w pochmurny dzień nasze włosy przeczesuje pachnąca świeżością soli morskiej bryza, wystarczy wejść do lasu, by dać odpocząć skórze smaganej wiatrem i poczuć spokój i ciszę.

To jest właśnie ta równowaga, jaką odczuwa się w Karwii, mamy tutaj wszystko co potrzebne do dobrego odpoczynku naszego ciała i duszy.

Po niespiesznym spacerku wśród drzew, dotarłam na miejsce mojej celebracji :)

Oko dopieszczone kolorem i formą, ucho ukojone rytmicznym szumem fal…, ciało smerane przez niesłabnące promienie słońca… – co za błogość… . Poczucie, że ta plaża jest jedynie kilka godzin drogi od mojego domu, po raz kolejny dodała mi pewności, że tutaj wrócę i wyparła myśli o pożegnaniu. Ale… gdyby nie było pożegnań – nie smakowałyby tak powroty…, ech… .

Teraz póki co  – chwilo trwaj…..! :)

 

hotice :)

15 sie 11 Weekendowa sielanka…

Długi weekend…, kolejny tego roku…, ech… jak my lubimy długie weekendy :D

Scenariusz na spędzenie czasu opracowany i wypróbowany wielokrotnie. Wyjazd do rodziny, znajomych, lub grillowanie w ogródku. Pomysłów na ten wolny czas wiele, jak wiele głów do myślenia. Ale czy na pewno? Czy mamy w sobie tyle sił by się zmobilizować i wyjechać z miasta? By nie chodzić po raz kolejny po centrach handlowych, nie napychać się popcornem w janosikowej cenie, tylko pojechać w miejsce zielonej ciszy, by dać odpocząć naszym zmysłom? Gdzie? No chociażby do rodziny na wieś lub jak ktoś nie mający, to na kwaterę agroturystyczną. By nie słyszeć samochodów, tramwajów, klaksonów, motocykli, tego całego zgiełku miasta, wyłączyć telefon i…. dać się ponieść rytmowi przyrody, wsłuchać się w szum listowia, wystawić twarz do słońca, nasłuchiwać ptaków i rozróżniać ich pojedyncze głosiki…

Sprawiajmy sobie małe przyjemności, róbmy to, co nas wyciszy, co zresetuje nas i da nam energię do działania, zadbajmy o swój życiowy akumulator. Nikt za nas tego nie zrobi, musimy zadbać o siebie sami, musimy do tego podejść  najzwyczajniej w świecie egoistycznie.

Wychodząc z tego założenia, pojechałam na wieś, do rodziny, a tam… zrobiłam sobie dzisiaj poobiednią sesyjkę „poleżanka” na ogrodowej huśtawce. Nieboskłon nade mną błękitny, niezmącony żadną domieszką, biel chmur jakby pierzastych poduch rozsypanych niezdarnie…, co za sielanka…, cisza, spokój, lekkie zakrzywienie czasoprzestrzeni, które daje złudzenie przeniesienia do innej rzeczywistości…, chwilo trwaj… :)

I co tu więcej pisać…, cieszmy się wolnym czasem dopóki on trwa :)

 

hotice :)


11 maj 11 Alpy-monument piękna i respektu-(1) Zielona Słowacja.

Dostałam propozycję wyjazdu… nie do odrzucenia oczywiście. Czasu na odpowiedź wiele nie było…, podjęłam więc męską decyzję  – jadę!  W końcu lubię podróże, wnoszą one w moje życie pierwiastek świeżości i zaspokojenia głodu poznawania świata.  Wyjazd dość zintensyfikowany, mający na celu przejechanie trasą, którą będą jeździły wyprawy motocyklowe z Expedition Club, czyli Kraków – Budapeszt – Fusch – Praga – Kraków.

Celem podróży jest Fusch – małe miasteczko leżące u stóp Grossglocknera -   najwyższego szczytu Alp tyrolskich – 3798 m npm . A tam… wisienka na torcie dla każdego motocyklisty, a mianowicie – Hochalpenstrasse Grosglockner – nazywana „Rajem Motocyklistów” :)

http://www.grossglockner.at/de/hochalpenstrasse/

A dla nas… taki mały maraton w kilka dni do odbycia.  Trasa do przejechania, opisania, sfotografowania… , znaczy – wyjazd mocno roboczy… Majówka nadawała się do tego idealnie :)

Tak więc szybkie pakowanie, powiadomienie mojego syna, który miał za zadanie dokumentować wyjazd fotograficznie…, przygotowanie domostwa do mojego wyjazdu na około 6-7 dni, ostatnie dyrektywy na piśmie i… do przodu!

Kierunek —- Dworzec Warszawa Centralna – hmm…, pociągiem nie jechałam chyba z 18 lat…, ale może dam radę…, kiedyś jeździło się na korytarzu, na stojaka, teraz… prawdziwa „ameryka”…, ani tłumu, ani tłoku, ani brudu, smrodu też nie …, ludzie siedzą na swoich miejscach, w przedziale 6 wygodnych foteli…, hmm…, na pierwszy rzut oka widać, że się poprawiło. No ale minęła przecież cała epoka, więc chyba to oczywiste!

Jakież było moje zaskoczenie, kiedy to po 2h 12′ jazdy stałam już na peronie w Krakowie!  No no …, miałam jechać 2h30′, okazało się jednak, że zmiany w PKP posunęły się tak daleko, że i czas przejazdu pociągu drastycznie się skrócił.

Niebywałe!  Jak to się świat zmienia, no proszę, proszę…, kto by pomyślał.., a ludzie tak narzekają na PKP ostatnimi czasy… Hmm… a człowiek „męczy” się samochodem, jadąc po tych naszych dziurach ponad 5h często… :(

Kraków 30.o4.2011

Wyjazd docelowy troszkę nam się opóźnił…, po drodze jeszcze zakupy – jedzenie, woda, leki…, no właśnie… a te okazały się niezbędne, bo złapała mnie zaraza na sam wyjazd  :(

Ruszyliśmy w stronę Zakopanego.  I znowu znajome widoki, nie tak dawno zostawione w tyle…, dokładnie tydzień temu przecież byliśmy tutaj na świątecznym wyjeździe.


Było super! Jak chcecie wypocząć tak naprawdę od zgiełku rodzinnego, szykowania sałatek, alkoholowego biesiadowania w niewygodnej pozycji przy stole, przez te kilka dni – wyjedźcie w góry lub nad morze, lub gdzie tylko chcecie…, dla nas były to drugie wyjazdowe Święta Wielkanocne i równie malownicze co te pierwsze, około 12 lat temu, tylko w innym składzie, bo z synem…, teraz Jego miejsce zajęła głodna świata córka nasza  :)

Ale wracam do wyprawy …

Do pokonania mieliśmy dystans ponad 400km, z Krakowa do Budapesztu, tam nocleg a nazajutrz znowu w drogę, już do Fusch w Austrii – kolejny dzień jazdy.

Słowacja, przez którą przejeżdżaliśmy jest niesamowitym krajem…, malowniczym, wręcz stworzonym do przyjmowania turystów, ta masa intensywnej zieleni, piękne widoki, krajobraz układający się kaskadowo, kręte drogi, zapowiadające fajną jazdę, przyprawiającą o dreszczyk emocji…, naprawdę jest tutaj pięknie…, soczyście zielono i wyjątkowo relaksacyjnie.

Z drugiej strony jednak – Słowacja odstrasza brakiem polityki proturystycznej, a dokładniej mówiąc, brakiem infrastruktury. Nigdzie indziej chyba, nie widać wyraźniej szpecących krajobraz reliktów komunizmu, poczynając od przejścia granicznego, aż do opustoszałych zabudowań fabrycznych.  No dosłownie, jakby życie wyparowało w tych miejscach. Mijaliśmy miasteczka widmo, na sam ich widok robi się słabo.  Ludzie stłoczeni w zaniedbanych blokach,  dzieci bawiące się na ulicach, brak koloru, brak ładu, porządku, ogólnie mówiąc jednym słowem „dziadowizna”.

A tak niewiele trzeba, by turyści, którzy i tak zatrzymują samochody na tarasach widokowych,  przyjeżdżali tutaj docelowo, a nie przejazdem…, no cóż…, daje się odczuć brak gospodarza ogólnie mówiąc :(

Dojechaliśmy w nastrojach refleksyjnych do dawnego przejścia granicznego Słowacja-Węgry. Wciąż było pochmurno, na przejściu zaczęło w końcu kropić. Co za irracjonalny i przygnębiający widok!

I pomyśleć, że kiedy ponad 15 lat temu znalazłam się dokładnie w tym samym miejscu, w drodze powrotnej z węgierskiego Tokaju, Słowacy z takim pietyzmem przeszukiwali autokar w poszukiwaniu przemytu papierosowo-alkoholowego, że wszystkich nas – uczestników wyprawy degustacyjnej  -  wprawili w duży stres.  I to nie tym, że mogli coś znaleźć, tylko tym, że byli tacy uparci i wydawało nam się, że po prostu wręcz złośliwi.

Pocieszające było jednak  to, że to ostatni taki koszmarny widok tutaj, który zostawiamy za sobą i ostatnie takie niezbyt miłe wspomnienia…

Niewiele dalej… już mniej nostalgicznie i przygnębiająco, chociaż… nie dajemy rady rozczytać napisów nazw, ani miast, ani ulic, ani niczego…, usilnie próbujemy, ale kończy się to niejednokrotnie wielką salwą śmiechu… :D

To po prostu są Węgry!

cdn. ……..

 

hotice :)