Louis Fun Company, 3.o5.2011
Resztę dnia jaki został nam po wyprawie na lodowiec Kitzsteinhorn, spędziliśmy na zaplanowanej wycieczce w okolice Salzburga i kolejnej, acz zgoła innej wyprawie…, po nasze „złote runo”, a mianowicie – nowiuteńkie katalogi wyrobów i akcesoriów motoryzacyjnych Louis Fun Company.
Trasa była typowo dla tych regionów – dobrze oznaczona i wyjątkowo malownicza. Po drodze mijaliśmy kilka odcinków, z trwającymi robotami drogowymi, a w jednym miejscu wzmacniano skalne zbocza, usuwano oderwane i skruszone kawałki skalne z nawierzchni jezdni, ale uwierzcie…, tak logistycznie zorganizowano dojazdy, postoje na światłach i akcję uprzątania, i wywózki kruszywa, że nikomu nie przyszło do głowy, by marudzić, że coś nie tak, że źle, że za długo, że robią to byle jak, itd. W takim miejscu nikt się nie irytował, wyłączono silniki i cierpliwie czekano na znak do ruszenia.
Zrobiliśmy to samo…, zyskaliśmy przez to dodatkową chwilę do podziwiania tego zakątka Alp, gdzie wzdłuż drogi, płynął lodowaty wartki strumień, powietrze było krystalicznie czyste i wilgotne, a zieleń mocna, intensywna i wyjątkowo soczysta. I tak właśnie tutaj jest, świeżo, czysto, zachęcająco. Odpoczywają oczy, umysł, drogi oddechowe i ciało, nawet wówczas, kiedy jazda nie jest w wygodnym samochodowym fotelu, tylko w siodle motocykla.

Kilkanaście kilometrów dalej, spotkała nas nie lada gratka, tuż przy trasie na skraju niewielkiego austriackiego miasteczka, stał wspaniale wyposażony salon motocyklowy Treffpunkt Motorsport oferujący maszyny i wyposażenie Hondy i KTM, choć i Suzuki też się trafiło. W oczach wielu z nas rozbłysły iskierki, zajechaliśmy na parking z wielkim zadowoleniem
Co za przyjemność! To jest to co Tygryski lubią najbardziej… zapach nowych zabawek dla zupełnie dużych chłopców
Z lekka zaspokoiliśmy swoje zmysły, nie zapominając jednak, że to nie jest kres naszej dzisiejszej wyprawy. Dlatego po około 20 minutach, zarządzono odjazd we wcześniej ustalonym kierunku i celu. Po niespełna 40 minutach, dotarliśmy do celu podróży. Jest! Stoi tak sobie po prostu, stoi każdego dnia, można spokojnie wejść i zrobić w nim zakupy, a kupić można…, właściwie wszystko co moto-facetowi i jego moto-dziewczynie jest potrzebne. Oczywiście jeśli zdecydują się założyć moto-rodzinę, nadal spokojnie można przyjeżdżać i kupować wszystko co potrzebne dla małego moto-baby
To jest właśnie Louis! Motocykle, wyposażenie, odzież, gadżety…. Louis to styl życia i spędzania wolnego czasu…, tak jak wiele innych oferujących podobne artykuły, firm – chociażby np. Polo Motorrad

Takich obrazków jak dwa powyższe, można dostrzec tutaj dość dużo…, jak widać pasja motocyklowa nie zna granic
Na parkingu, obok naszego wozu, stał nieco większy jego brat, jeżdżący w barwach Harley-Davidson…, wyjątkowo przyciągający wzrok i kolorami, i napisami, a szczególnie linkiem do strony:
http://www.motodrom.com/
Jakże prawdziwe jest hasło „You never ride alone”…, wie to każdy jeżdżący na dwóch kółkach
Aaa…. jeszcze nasze runo, zdobyte po tylu przejechanych kilometrach!
Katalog jest gruby jak cegła, ale dlatego sprawia tak wielką frajdę oglądającemu. Jest tam wszystko czego potrzebuje każdy motocyklista, by być odpowiednio zabezpieczonym i wyposażonym, w krótsze czy dłuższe wyprawy. Szkoda tylko, że nie można go dostać od ręki w Polsce, tak jak to się dzieje w Austrii czy Niemczech.
http://www.louis.at/
Miejmy nadzieję, że zaświeci jednak kiedyś jakiś promyk nadziei…, bo sklepy internetowe będące oficjalnym dystrybutorem akcesoriów motocyklowych Louis na Polskę – już są. Kaski, ubiory, obuwie oraz akcesoria i części zamienne do motocykli, można teraz kupić przez internet. Ale ironią losu jest to, że w Polsce, te same towary od Louisa można kupić 150-200% drożej niż poza granicami kraju. Więc regułą już jest, że polscy motocykliści jeżdżą tam, gdzie towary Louis’a można kupić taniej, czyli…. np. do Berlina.
Wciąż wierzę, że istnieje nadzieja, że hobby motocyklowe w Polsce będzie kiedyś cenowo bardziej przyjazne motocyklistom
A dla zainteresowanych konkurencyjnymi produktami…, zamieszczam link do oryginalnej strony niemieckiej:
http://www.polo-motorrad.de/
hotice
Dostałam propozycję wyjazdu… nie do odrzucenia oczywiście. Czasu na odpowiedź wiele nie było…, podjęłam więc męską decyzję – jadę! W końcu lubię podróże, wnoszą one w moje życie pierwiastek świeżości i zaspokojenia głodu poznawania świata. Wyjazd dość zintensyfikowany, mający na celu przejechanie trasą, którą będą jeździły wyprawy motocyklowe z Expedition Club, czyli Kraków – Budapeszt – Fusch – Praga – Kraków.
Celem podróży jest Fusch – małe miasteczko leżące u stóp Grossglocknera - najwyższego szczytu Alp tyrolskich – 3798 m npm . A tam… wisienka na torcie dla każdego motocyklisty, a mianowicie – Hochalpenstrasse Grosglockner – nazywana „Rajem Motocyklistów”
http://www.grossglockner.at/de/hochalpenstrasse/
A dla nas… taki mały maraton w kilka dni do odbycia. Trasa do przejechania, opisania, sfotografowania… , znaczy – wyjazd mocno roboczy… Majówka nadawała się do tego idealnie
Tak więc szybkie pakowanie, powiadomienie mojego syna, który miał za zadanie dokumentować wyjazd fotograficznie…, przygotowanie domostwa do mojego wyjazdu na około 6-7 dni, ostatnie dyrektywy na piśmie i… do przodu!
Kierunek —- Dworzec Warszawa Centralna – hmm…, pociągiem nie jechałam chyba z 18 lat…, ale może dam radę…, kiedyś jeździło się na korytarzu, na stojaka, teraz… prawdziwa „ameryka”…, ani tłumu, ani tłoku, ani brudu, smrodu też nie …, ludzie siedzą na swoich miejscach, w przedziale 6 wygodnych foteli…, hmm…, na pierwszy rzut oka widać, że się poprawiło. No ale minęła przecież cała epoka, więc chyba to oczywiste!
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy to po 2h 12′ jazdy stałam już na peronie w Krakowie! No no …, miałam jechać 2h30′, okazało się jednak, że zmiany w PKP posunęły się tak daleko, że i czas przejazdu pociągu drastycznie się skrócił.
Niebywałe! Jak to się świat zmienia, no proszę, proszę…, kto by pomyślał.., a ludzie tak narzekają na PKP ostatnimi czasy… Hmm… a człowiek „męczy” się samochodem, jadąc po tych naszych dziurach ponad 5h często…
Kraków 30.o4.2011
Wyjazd docelowy troszkę nam się opóźnił…, po drodze jeszcze zakupy – jedzenie, woda, leki…, no właśnie… a te okazały się niezbędne, bo złapała mnie zaraza na sam wyjazd
Ruszyliśmy w stronę Zakopanego. I znowu znajome widoki, nie tak dawno zostawione w tyle…, dokładnie tydzień temu przecież byliśmy tutaj na świątecznym wyjeździe.
Było super! Jak chcecie wypocząć tak naprawdę od zgiełku rodzinnego, szykowania sałatek, alkoholowego biesiadowania w niewygodnej pozycji przy stole, przez te kilka dni – wyjedźcie w góry lub nad morze, lub gdzie tylko chcecie…, dla nas były to drugie wyjazdowe Święta Wielkanocne i równie malownicze co te pierwsze, około 12 lat temu, tylko w innym składzie, bo z synem…, teraz Jego miejsce zajęła głodna świata córka nasza
Ale wracam do wyprawy …
Do pokonania mieliśmy dystans ponad 400km, z Krakowa do Budapesztu, tam nocleg a nazajutrz znowu w drogę, już do Fusch w Austrii – kolejny dzień jazdy.
Słowacja, przez którą przejeżdżaliśmy jest niesamowitym krajem…, malowniczym, wręcz stworzonym do przyjmowania turystów, ta masa intensywnej zieleni, piękne widoki, krajobraz układający się kaskadowo, kręte drogi, zapowiadające fajną jazdę, przyprawiającą o dreszczyk emocji…, naprawdę jest tutaj pięknie…, soczyście zielono i wyjątkowo relaksacyjnie.
Z drugiej strony jednak – Słowacja odstrasza brakiem polityki proturystycznej, a dokładniej mówiąc, brakiem infrastruktury. Nigdzie indziej chyba, nie widać wyraźniej szpecących krajobraz reliktów komunizmu, poczynając od przejścia granicznego, aż do opustoszałych zabudowań fabrycznych. No dosłownie, jakby życie wyparowało w tych miejscach. Mijaliśmy miasteczka widmo, na sam ich widok robi się słabo. Ludzie stłoczeni w zaniedbanych blokach, dzieci bawiące się na ulicach, brak koloru, brak ładu, porządku, ogólnie mówiąc jednym słowem „dziadowizna”.
A tak niewiele trzeba, by turyści, którzy i tak zatrzymują samochody na tarasach widokowych, przyjeżdżali tutaj docelowo, a nie przejazdem…, no cóż…, daje się odczuć brak gospodarza ogólnie mówiąc
Dojechaliśmy w nastrojach refleksyjnych do dawnego przejścia granicznego Słowacja-Węgry. Wciąż było pochmurno, na przejściu zaczęło w końcu kropić. Co za irracjonalny i przygnębiający widok!
I pomyśleć, że kiedy ponad 15 lat temu znalazłam się dokładnie w tym samym miejscu, w drodze powrotnej z węgierskiego Tokaju, Słowacy z takim pietyzmem przeszukiwali autokar w poszukiwaniu przemytu papierosowo-alkoholowego, że wszystkich nas – uczestników wyprawy degustacyjnej - wprawili w duży stres. I to nie tym, że mogli coś znaleźć, tylko tym, że byli tacy uparci i wydawało nam się, że po prostu wręcz złośliwi.
Pocieszające było jednak to, że to ostatni taki koszmarny widok tutaj, który zostawiamy za sobą i ostatnie takie niezbyt miłe wspomnienia…
Niewiele dalej… już mniej nostalgicznie i przygnębiająco, chociaż… nie dajemy rady rozczytać napisów nazw, ani miast, ani ulic, ani niczego…, usilnie próbujemy, ale kończy się to niejednokrotnie wielką salwą śmiechu… ![]()
To po prostu są Węgry!
cdn. ……..
hotice ![]()