msgbartop
Blog platformy wydawniczej BACKPEN|COM
msgbarbottom

16 gru 11 Idą święta…

No i mamy połowę grudnia… coraz bliżej święta…

Czas na choinkę, prezenty, Wigilię, biesiadowanie  przy stole, ale wcześniej przygotowania, sprzątania, pucowania, czyszczenia, prasowania, gotowania, pieczenia, itd., itd… . Noo… nie powiem, by jakoś nastrajało mnie to optymistycznie, oj nie powiem.

W sklepach jest teraz wszystko, oby mieć pieniądze, ale właśnie teraz w tych jakże dostatnich czasach, mnie osobiście nie cieszą ani zakupy i poszukiwanie prezentów, ani na biega robione zakupy przedświąteczne, zapełniające lodówkę. Hmm… gdzie tutaj logika?? Przecież doczekałam czasów, kiedy jest w sumie wszystko i nawet wiele czasu nie trzeba tracić na to, by zdobyć wszystko co potrzeba.

No ale jakoś czar prysł…, wszystko na biega robione, na ostatnią chwilkę, czasu nie ma by się z namaszczeniem zająć czynnościami może niezbyt wzniosłymi, ale dające oddech i odpoczynek głowie, mimo to, że to czynności fizyczne i to z reguły syzyfowe. No bo kto lubi i widzi sens w sprzątaniu np?? Panowie nie przykładają ręki do tychże czynności, no może jakiś dywan – jeśli już MUSZĄ, no to już niechaj będzie to taki wkład w święta. A tak na marginesie…, to pamiętam z dzieciństwa, jak przy trzepaku rosła kolejka panów z trzepaczkami i często już ciemno było, kiedy wracali do domów, nie rzadko chwiejnym krokiem ;)

Taak… święta… ech… . Może są jeszcze gdzieś takie domy, gdzie ten czar i atmosfera podniecenia panuje, może i są…

Ja jakoś nie potrafię się już cieszyć, chciałabym przespać albo wyjechać… i wrócić PO…, nie szykować, nie kupować, nie brać udziału w gonitwie po prezenty pod choinkę, nie życzyć, nie uśmiechać się… itd., itd…, najlepiej się gdzieś teleportować i przeczekać. I coś mi się wydaje, że nie jestem w takich odczuciach odosobniona.

A po świętach… bo przecież jakoś trzeba będzie je przeżyć, znowu czas przygotowań i gonitwy… Sylwester…, pęd za kreacją, dodatkami, wygodnymi, a przede wszystkim modnymi butami…, hmm… dziwne, ale to również mnie nie ekscytuje – czemu?? Nie mam pojęcia zielonego…

A póki co… wieje halny, spada ciśnienie, a razem z nim mój nastrój. Ech…, oby do wiosny…

hotice

26 lis 11 Animowany świat

Sobota… luzik…, jakby wolniejsze tempo, poczucie jakby dłuższej godziny… . Dziecko nakarmione, psy również, owsianka zjedzona, garść witamin łyknięta, kuchnia uprzątnięta. Można zasiąść w spokoju i popisać, gdyż dziecko wpatrzone w niezawodną bajkę gdzie kot wciąż goni mysz  – Tom i Jerry  ;)

Niesamowite jest to, że ja również pamiętam te bajki z dzieciństwa, a minęło już przecież tyle lat…, ech…

Ale ja nie o bajkach chciałam, choć… niektóre szczerze mówiąc zasługują by je pamiętać i o nich pisać, np. Bolek i Lolek – jakże odmienni, a jednak obaj psotni, choć Bolek bardziej…, Krecik – niezawodna porcja śmiechu w czeskim wydaniu, Reksio – super bohaterski i pomysłowy pies, Miś Uszatek – wcielenie uczciwości i szlachetności, Pszczółka Maja – uosobienie bezpośredniości i dziewczęcej naiwnej odwagi, z niezawodnym mądralą Guciem, no a przede wszystkim Kaczor Donald i Myszka Miki – ukoronowanie całych dni czekania, niezaprzeczalny dowód, że mamy niedzielę – dzień odświętny z odświętną bajką. Później rolę taką pełniła bajka Przygody Kubusia Puchatka, na którą to czekałam z synem, by spędzić chyba najmilsze 25 minut w tygodniu, przed telewizorem, rodzinnie, zaśmiewając się do rozpuku z wynalazkowych wynalazków Tygryska , z mądrości Królika czy z monotematycznego Puchatka, któremu co rusz burczał brzuszek :D

No tak, to już prehistoria, która na szczęście po latach zachłyśnięcia się zachodem, a dokładniej mówiąc to raczej wschodem i jego bajkami niezbyt rozsądnymi, za to niezmiernie walecznymi z wyjątkowo specyficzną i dobitną mimiką twarzy, minęła bezpowrotnie. Co mamy teraz?? No cóż… Teraz poszliśmy o całą erę do przodu, bo dość, że dzieci mają kilka kanałów bajkowych do wyboru – aczkolwiek większość pozycji to sieczka bez morału i przesłania, to jeszcze do tego te kanały funkcjonują całą dobę, więc… bajka nie wyznacza już dzieciom ani rytmu dnia, ani rytmu tygodnia.

Poziom i przesłanie bajek również się zmieniły, czy na lepsze…, nie powiem. Jedynym plusem dla mnie osobiście jest to, że o wiele więcej jest filmów animowanych produkcji Disney’a i to w takiej animacji, że naprawdę aż przyjemnie się patrzy na te zwierzaki :) Hitem ostatnich miesięcy jest dla mnie bajka Pingwiny z Madagaskaru, która jest połączeniem filmu fabularnego i animowanego, a humor sytuacyjny i słowny godny jest najlepszej komedii z udziałem Monty Pythona. Tylko czy dzieci oglądając taką bajkę same, będą tego wszystkiego świadome? Wyczują o co chodzi w niektórych celnych i ostrych ripostach? Hmm… te większe może tak.

Tak się zastanawiam … dlaczego nikt nie wpadnie na pomysł uruchomienia takiego kanału bajkowego, w którym będą te wszystkie stare bajki, uczące zachowań, pokazujące dobre wzorce, poruszające tematy nie wzięte rodem z kosmosu i czerwonej planety, tylko z podwórka, domu, szkoły, itd, itd…, hmm…

Czyżby przemawiała przeze mnie starość i tęsknota za dzieciństwem?? A może widzę bezsens komercyjnej papki wtłaczanej naszym dzieciom od rana do wieczora??

No tak… a miało nie być o bajkach…

 

hotice :)

 

 

21 lis 11 Wiara w sens…

Miałam pisać o czym innym zupełnie…, ale… zadzwonił telefon… . Po kilku zdaniach rozmowy wiedziałam już, że będę pisać o czym innym.

Po co piszemy, po co fotografujemy, po co malujemy, po co rzeźbimy, po co „zaśmiecamy” świat niekiedy wątpliwych lotów twórczością, jak to uważają niektórzy… . Po co?? Mało już jest napisane? Mało powiedziane? Mało pokazane?? Mało drewna, farby, gliny, kamienia czy innego budulca poszło na wyrażenie siebie czy swojego świata w autorskiej wizji?? Hmm…

Odpowiedź jest oczywista – napisano już tak dużo, że spokojnie, jeśli o mnie chodzi, mogłabym sobie dać spokój i zająć się jakąś mniej lub bardziej odtwórczą a zazwyczaj ogłupiającą pracą. Co komu po moich wypocinach, czy ktoś docenia to, że niekiedy obnażam swoje emocje i pokazuję całą siebie?? Czy ktoś przystanie w swojej codziennej gonitwie, zastanowi się nad moimi słowami i powie, że to co napisałam jest wartościowe, bo zmieniło jego podejście do jakiegoś tematu lub pomogło mu przetrwać jakieś ciężkie chwile?

Ech … naiwności ludzka…

Otóż TAK!!

Dzisiaj miałam taki telefon…, usłyszałam słowa niezwykle budujące i dla mnie bardzo ważne. Okazało się, że czytają moje słowa i tacy ludzie, którzy potrafią się zrelaksować przy mojej twórczości, dla których moje wywody mają sens i są wartością samą w sobie, jak miło jest usłyszeć takie słowa. Dziękuję za nie bardzo serdecznie! :)

I uważam, że nawet gdybym miała pisać dalej choćby dla jednego takiego czytelnika – to WARTO!!

Dziękuję jeszcze raz za ciepłe słowa, które mnie mocno podbudowały i sprawiły, że pisanie nabrało dla mnie większego sensu.

 

hotice :)

11 lis 11 Arktyka – lodowa pustynia

Którejś niedzieli, jak za dawnych szczenięcych lat, z wielką przyjemnością obejrzałam film przyrodniczy. Zawsze lubiłam oglądać dalekie krainy na ekranie tv i dowiadywać się o życiu i zwyczajach mniej lub bardziej egzotycznych zwierząt. A ponieważ towarzyszyła mi córka, obejrzałam tym bardziej pilnie – w razie pytań dociekliwych jakby co… ;)

To czego dowiedziałam się w trakcie emisji filmu, a dotyczyło to umiejętności dostosowania się zwierząt do wyjątkowo niekorzystnych warunków klimatycznych Arktyki, zadziwiło mnie niezmiernie. Córkę oczywiście też, ale to zupełnie inne zadziwienie – wynikające raczej z poznawania świata bez przerwy dzień po dniu (jak przystało na 5-cio latkę) i dowiadywaniu się co rusz nowych, pasjonujących rzeczy. Mnie z kolei zadziwił fakt, że mając swoje  lata na karku, niby wiedziałam te wszystkie rzeczy, ale jak tak się człowiek wsłucha i podejdzie do tej wiedzy bardziej rozumnie niż kiedyś… zastanawia się, czemu zwierzęta potrafią się dostosować do takich potwornych warunków, a człowiek… nigdy niczego się nie nauczy, nie wyciągnie wniosków i potrafiąc myśleć abstrakcyjnie, czego nie robią zwierzęta, nie umie tej inteligencji swojej zastosować by było mu dobrze, by było mu lepiej, lub chociażby by było tak, by żył w zgodzie z samym sobą w takich warunkach jakie ma wokół.

Wracając więc do zwierząt…

1. Gęsi tybetańskie przelatują w ciągu 24h aż do 1000mil i to na wysokości większej niż Mount Everest, czyli ponad 8 tys. mnp, w temperaturze (uwaga!!) poniżej 50st.C – na takie wyczyny pozwala  im system pęcherzyków płucnych, magazynujących tlen w trakcie lotu.

2. Sępy potrafią przelecieć nawet 75km bez poruszania skrzydłami…

3. Edredon okularowy żyje w lodach Arktyki -  by stado nie padło z głodu, osobniki skupiają się jeden przy drugim i ciepłem swoich ciał, zatrzymują dryfujące kry lodowe, umożliwiając wytworzenie stawu z pożywieniem.

4. Nocą, kiedy temperatura spada poniżej zera i to grubo, ptaki ulegają hibernacji. Wschodzące słońce ogrzewa ptaka, przywracając go do życia.

5. Morsy by przeżyć, otulone są grubą warstwą tłuszczu…, za dnia leżą i nagrzewają swoje cielska, by nocą nie zamarznąć i ogrzewać się jeden od drugiego.

6. Niedźwiedź polarny – największy lądowy ssak Arktyki – posiada warstwę tłuszczu i grube wodoodporne futro.

7. Wydry morskie – ssaki wodne – śpią w wodzie i aby prąd je nie porwał, czepiają się wodorostów. Futro mają najgęściejsze ze wszystkich zwierząt. Małe wydry są tak wyporne, że aż są niezatapialne. A jak wydry dostają się do pożywienia? Nurkują po małże, wyławiają je i roztrzaskują o płaskie kamienie. Robią to cierpliwie, gdyż wiedzą jaka słodka jest nagroda :)

8. Pingwiny, na wietrze i w temperaturze -80 st.C ,  przez 3 miesiące skupiają się gromadnie, wysiadując swojej jaja, generują ciepło w środku stada, a żeby nie zamarznąć, wymieniają się cyklicznie.

To oczywiście tylko kilka przykładów umiejętności dostosowania się do niesprzyjających warunków życia na pustyni, tym razem lodowej. Bo przecież Arktyka to też pustynia, ale jedyną rzeczą jaka ją łączy z  tą piaszczystą, są extremalnie niskie opady.

Zrobiło się tutaj tak lodowato, że następnym razem zajmę się pustynnymi piaskami.

 

hotice :)

 

01 lis 11 Dopóki żyją…

1 listopada… dzień Wszystkich Świętych…

Pierwszy raz zetknęłam się ze śmiercią kiedy miałam 10, może 11 lat – zmarła w tragicznych okolicznościach moja babcia, mama mojego taty. Przysnęła i już się nie obudziła, nie pozwolił jej czad. Gdyby nie to, że wokół mieszkania babci kręciła się Milicja, byłoby to dla mnie oczywiste, w końcu miała już swoje lata. Do świadomości dziecka jakim wówczas byłam, docierało jednak to, że babcia już nie przyjdzie do nas w tiulowej chustce na włosach i nie wyjdzie z moim najmłodszym bratem na spacer… 

Mijały lata…, w rodzinie pojawiali się nowi jej członkowie, rodziły się dzieci…, śmierć cierpliwa i łaskawa…, omijała moją rodzinę i rodziny moich przyjaciół.

Kiedy skończyłam liceum i wyjechałam w świat na nauki, dotarła do mnie tragiczna wiadomość o śmierci mojego przyjaciela z dzieciństwa, kumpla z podwórka, z tej samej klatki bloku w jakim mieszkałam, z tej samej klasy w SP… – Pawła… . Było to tak irracjonalne dla mnie zdarzenie, że musiałam sprawdzić tą złą nowinę u źródła, zadzwoniłam do mamy Pawła, bo przecież to musiała być jakaś pomyłka i z pewnością da się to jakoś wyjaśnić!  Kiedy w słuchawce telefonu usłyszałam jej zbolały i zmatowiony głos…, byłam pewna, że to niestety nie jest pomyłka. Kilka słów potwierdzenia, spowodowało we mnie tak wielką rozpacz, że lata całe musiałam ją w sobie nosić. Nie mogłam zrozumieć jak to się mogło stać, przecież on miał niespełna 20 lat, to niemożliwe, żeby ludzie w takim wieku… .
Ze śmiercią Pawła pogodziłam się wiele lat po jego odejściu. W 11 rocznicę jego śmierci pojechałam na jego grób i tam łkając do fotografii, pożegnałam się z nim na zawsze…
Wydarzenie to dało mi do myślenia i przeraziło mnie na tyle mocno, że postanowiłam dbać o swoich przyjaciół jeszcze mocniej i wyraźniej im to okazywać.

Kiedy po latach, nagle zaniemógł mój dziadek, byłam niezmiernie zadziwiona, bo przecież był on dla mnie okazem zdrowia, specyficznego przewrotnego humoru, mocno drażniącego babcię – ku jego uciesze zresztą… . W rodzinie ogłoszono alert – Senior rodu potrzebuje pomocy, w ciągu kilku dni męscy członkowie rodziny oddali kilka litrów krwi w razie potrzeby przeprowadzenia operacji ratującej życie. Zaskoczenie personelu szpitala było niezmierne i widoczne gołym okiem. Wyrażano swój podziw za umiejętność mobilizacji rodziny rozrzuconej przecież po całej Polsce!  Ale niestety… transfuzje nie pomogły… , za niespełna 3 tygodnie żegnaliśmy dziadka.

Śmierć dziadka pokazała mi, że nasze życie tak jak wszystko, zaczyna się i kiedyś kończy. Ale najważniejszą rzeczą jest to, by je przeżyć świadomie, z pełną odpowiedzialnością za swoje czyny, jak i z poczuciem misji, jaką ma się do wykonania. Dziadek mój lata całe malował obrazy, był pejzażystą. Oprócz tego był myśliwym i miłośnikiem przyrody, ożywionej i nieożywionej, co utrwalał na swoich obrazach. Już nie wspomnę o innej miłości, którą okazywał na swoich pełnych posągowego piękna aktach. Bez wątpienia… dziadek mój kochał życie…

Niedługo po dziadku, zmarła moja ciocia… kobieta wyjątkowa – w moich oczach – pełna życia, dostojności, dumy i niezaprzeczalnego seksapilu. Zmarła po ciężkiej chorobie.

Kolejna smutne rozstanie – mój tata… . Ta śmierć była dla mnie czymś nie do końca zrozumiałym, bo jak mógł odejść w wieku 54 lat człowiek, którego znałam całe moje życie?? Kto czesał moje włosy w warkocze, kto wrzucał nam do skarbonek brzęczące złotówki, kto gotował nam niedzielne obiadki, pilnując by talerze były opróżnione do końca, kto robił kiełbasy na święta, tak mocno aromatyzując nasz dom zapachem wędzenia… . Nagle to wszystko stało się historią. Kiedy po latach to wspominam, żałuję, że już nie wejdzie do mojego domu z uśmiechem na twarzy i nie przywita się ze swoją wnuczką, którą kochałby bardzo mocno.
Największy cios jednak przeżyłam w tym roku – w lutym odeszła moja babcia, osoba bardzo ważna w moim życiu, nestorka rodu niepodzielnie dzierżąca berło autorytatywnej władzy, kreująca rzeczywistość i postawy w rodzinie, potrafiąca swoją osobą zaspokoić wiele potrzeb, a wśród nich, te najważniejsze – potrzebę miłości, akceptacji i zrozumienia. Odchodziła powoli, jakże godnie…, udzielając nam ostatniej lekcji, jaką mogła – lekcji umierania…

Mam nadzieję, że w takim dniu jak dzisiejszy, z sympatią wspominacie naszych zmarłych, chowając urazy i niezbyt miłe chwile, jakich w życiu każdego z nas było z pewnością więcej niżbyśmy sobie życzyli.

Weźmy pod uwagę jednak to, że życie jest tak kruche…

Kochajmy i nie wstydźmy się tego okazać…, póki czas…


hotice :|

 

 

23 paź 11 Błękitne ciepło…

Kiedy dzisiaj otworzyłam oczy, zobaczyłam błękit i słońce. Dąb niewzruszony, rozłożysty, wypełniający widokiem swoim moje okno, również stał na swoim miejscu. Jak miło zobaczyć pod koniec października tak wspaniale niebieskie niebo.  Aby widzieć je każdego dnia, niezależnie od pogody i pory roku, ściana naprzeciw łóżka w sypialni, pomalowana została w dość nietypowy sposób, a mianowicie mam tam widok nadbałtyckiej plaży z morskim horyzontem w oddali. Wyjątkowo relaksujący obrazek, mówię Wam.

I kiedy nastał  świt i skończył się już sen, a ten dzisiaj wyjątkowo mnie dzisiaj zrelaksował , o czym za chwilę…, z wielką przyjemnością zatopiłam się w moim sypialnianym błękicie. Prosty sposób na dobry humor każdego dnia – przynajmniej dla mnie – przebudzenie w błękicie :)

A jeśli idzie o sen… moje sny są dość realistyczne, kiedy są przyjemne i pozytywne, potrafię mieć wspaniały nastrój cały dzień, ale kiedy nie są sympatycznie, nacechowane złą energią, strachem, jakimiś nerwami…, dzień mam już z głowy.

Tym razem śniła mi się jakaś egzotyczna wyspa z ciepłym, białym piaskiem pod stopami, ze wspaniale szmaragdową wodą, z jakimiś budowlami w oddali, zdecydowanie egzotycznymi, jakby Tajlandia…, szłam brzegiem morza, czułam cudownie ciepłą wodę, rozchlapywałam ją stopami, a ciepłe powietrze otulało moją skórę, wyjątkowo miłe uczucie. W płytkiej wodzie bawiła się moja córeczka, śmiejąc się w najlepsze. Spokój, mało ludzi, nie to co na plażach bałtyckich…, bardzo przyjemny sen…, jak przyjemnie byłoby się tam przenieść…, ech…


Kiedyś słyszałam, że sny można sobie programować, a mianowicie należy oglądać konkretne pozytywne obrazy, by zapisał je nasz mózg i wówczas w czasie snu, już tylko je odtwarza. Można również wizualizować sobie swoje pozytywne myśli, widzieć szczegóły miejsca, w którym chcemy się znaleźć, słyszeć dźwięki, czuć zapachy, widzieć kolory… i tak przynajmniej przez około 10 minut – istnieje duże prawdopodobieństwo, że zwizualizowany obraz zobaczymy we śnie.

To co nam się śni, nie jest kwestią przypadku. To wypadkowa naszych doświadczeń na jawie, naszych strachów, frustracji, nieprzyjemnych przeżyć…, ale również i tych pozytywnych, przyjemnych i wzruszających. Życie jest mieszanką różnych emocji, a sen jest jego wypadkową, a często i wskazówką. Czy mamy wpływ na to co i jak nam się śni? Ja myślę, że tak…, tylko życie tak bardzo nas absorbuje, od świtu do zmroku, że nie mamy już czasu, ochoty i siły na świadome programowanie naszych snów, które to powinny nas na tyle zrelaksować, byśmy następnego dnia wstali pełni energii i zapału do życia i jego obowiązków. Dbajmy o siebie…, o nasze ciała, ale i o dusze i umysły…, nikt inny za nas tego nie zrobi.

 

hotice :)

 

 


22 paź 11 Za zakrętem…

Faceci… hmm… sól naszej babskiej ziemi… taa… – stary temat jak świat, a i ja nieco postów popełniłam już w tym temacie ;)

Dlaczego wywołują w nas tak skrajne emocje? Śmiejemy się na ich widok, raduje się  nam serce, oczy się błyszczą, źrenice powiększają, serce mocniej bije, w innym rytmie oddychamy, chodzimy i myślimy, inaczej patrzymy na wszystko wokół. Dlaczego patrzymy na nich w takiej niewytłumaczalnej euforii?? Co sprawia, że nasz wzrok zachodzi przy nich mgłą?? Hmm… czy ktoś zna odpowiedzi na te pytania?

Czemu – z drugiej strony – tak bardzo nas denerwują? Dlaczego nie aprobujemy ich władczego i despotycznego zachowania, radykalnych poglądów, ignorancji, tonu nie znoszącego sprzeciwu? Dlaczego raz odpowiada nam ich osobowość małego niedojrzałego chłopca, a kiedy indziej rozjusza nas to do granic możliwości? Dlaczego uważamy, że są niedoskonali i czego im brakuje, żebyśmy uznały ich za partnerów równych sobie? Czy możliwe jest to, żeby istota nafaszerowana testosteronem myślała podobnie jak kobieta, będąca wciąż pod wpływem estrogenów czy progesteronu na zmianę? Dlaczego my w ogóle przemy do tego, by im dorównać, by się z nimi zmierzyć? Co chcemy i komu udowodnić? Jak bardzo jesteśmy niewolnikami substancji chemicznych krążących w naszych żyłach?? To jest wciąż dla mnie niepojęte… Ech…

Pisałam ten post z przerwami, zerkając co rusz na ekran tv…, właśnie skończył się film pt. „P.S. Kocham Cię” – fabuły streszczać nie będę, zainteresowanych odsyłam do netu, ale…w trakcie oglądania płakałam i śmiałam się na zmianę. Temat dość smutny – rozstanie spowodowane śmiercią męża…, ale zawarta w filmie nadzieja, nie pozwoliła zalać się łzami do końca.

Patrzyłam, przeżywałam losy osamotnionej bohaterki, płakałam razem z nią, ale i słuchałam słów jej męża, które zawarł w listach do ukochanej, słuchałam jej przyjaciółek, słuchałam słów jej matki… . Może film niezbyt ambitny, ale na sobotni wieczór z laptopem pod ręką i torebką orzeszków – to bardzo dobra opcja ;)


Oprócz tkliwej historii, która rozczuliła mnie na maxa i przekonania, że podobne historie zdarzają się w realu, film niósł konkretne przesłanie, już nie wspomnę o tym, że co rusz wpadały mi w ucho słowa, które notowałam na klawiaturze komputera, np to, że cyt: „Życie składa się z etapów i na każdy etap mamy kogoś obok siebie”. Hmm… czy sposób z tym polemizować w ogóle??

A oto kilka wybranych zdań, które przy głębszej analizie okazują się dość uniwersalnymi i mocno poruszającymi (przynajmniej moją wrażliwość i wyobraźnię) :

„Czasem miło jest iść w milczeniu, kiedy się już kogoś pozna…” – … (no coments)

„Całowanie to męska sprawa…” – (hmm!!)

Moim zadaniem jest tworzyć… nieważne co…” – ( no z tym się zgodzę, absolutnie! )

„Odkryj w sobie coś, co sprawi, że staniesz się wyjątkową” – ( o tak!! popieram i apeluję  – zacznijcie odkrywać …)

” Sama czy nie… musisz iść naprzód…” – (no tak…czy będąc w związku czy nie, prędzej czy później poczujemy, że jesteśmy same…)

„Żyjąc samotnie sami sobie wszystko zawdzięczamy” -( exectly….)


Ale powiedziano również te słowa: 

” Mamy jedno życie, które jest okropne i wspaniałe, które jest krótkie i straszne długie…, i nikt nie wychodzi z niego żywy „ – pamiętajmy o tym, kiedy się odwracamy …, zapominamy…, podejmujemy wybory lub boimy się je podjąć, zastanawiamy się…, może niekiedy zbyt długo. Znajdźmy swój cel na horyzoncie życia i obierzmy kurs wprost na ten cel, po drodze tak wiele nas będzie spotykać, ale nie wypadniemy z rytmu podróży, bo będziemy wiedzieć gdzie chcemy dojść. Najważniejszy jest cel i plan…, reszta się zawsze ułoży…, zawsze! Spotkamy kogoś, kto nam pomoże, pokaże, umożliwi, wesprze, nauczy, doda otuchy i wiary, bo życie jest zagadką, nie do końca odgadnioną…, nie próbujmy tego robić na siłę, bo może rozwiązanie jej czeka dopiero za którymś z kolei zakrętem.

Powodzenia więc !!

 

hotice :)

 

 

 


21 paź 11 W każdej szafie…

Tak się zastanawiałam o czym napisać kolejny post…, myśli natłok, wydarzeń nowych bez liku…, wystarczy Onet otworzyć, poczytać nagłówki…, papka sensacyjno-polityczna z domieszką plotek z „pudelka”, okraszona fotkami dziewczątek z Top Model, a dla starszego pokolenia wielbicieli Izy T. – info strategiczne, a mianowicie – cyt.: „Aktorka z Klanu wraca do starego zajęcia…”. No, wiadomość  napisana wręcz szyfrem i to takim typowym zagadkowo-sensacyjnym, który skłoni żądnego papki czytelnika do kliknięcia w ten właśnie link, no bo jak tu zrobić inaczej i pominąć tak ważną wiadomość!!??

Czy my tego wszystkiego potrzebujemy? Czy wiedza, że ciężarna  Beyonce nakręciła nowy teledysk do swojej piosenki, coś nam daje? Może to ma być przesłanie dla ciężarnych matek, że i w tym stanie można pracować i się przy tym świetnie bawić? Tylko ile ciężarnych świetnie się bawi będąc w pracy? Taa…

Za oknem jesień, już inna niż ta sprzed kilku tygodni, o wiele mniej słoneczna, bardziej ponura, jeszcze nie tak złocisto-ruda, ale dąb za oknem jakby już tracił swój chlorofil, lada chwila straci i liście…

No ok… akurat teraz wyszło słońce… no niech będzie… jeszcze świeci i swoimi jasnymi promieniami chce rozświetlić ponure barwy wchodzące na jesienną paletę, ech to słonko…, jak to się stara, jak się jeszcze chce przebić przez chmury, jak smera i ślizga się po liściach…, by w końcowym efekcie dać się przesłonić kolejnej chmurze…

I taka zabawa w „Ty uciekasz – ja Cię gonię” rozgrywa się na blado-niebieskim już niebie co rusz :)

Jesień to porządki… w ogrodach, na tarasach w donicach…, ale i w szafach…

Nie dalej jak wczoraj postanowiłam zrobić gruntowny porządek i segregację ubrań w swojej garderobie. Pomysł wcale niezbyt oryginalny, bo co rok o tej samej porze na górną półkę wędrują letnie wdzianka, koszulki, spodenki czy cieńsze sukienki- fruwajki, na dolną natomiast schodzą cieplejsze bawełny, wełny, mohery (w żadnym razie nie w postaci beretu), grube sploty ściągaczowe golfów, czy kamizelek…

W szafie każdej z nas są takie ubrania, których nie założyłyśmy już kilka sezonów – spódnice, spodnie, swetry…, jeśli coś takiego leży tam już powiedzmy 3-5 lat… nie oszukujmy się, nie założymy tego już nigdy więcej, albo dlatego, że wyszło z mody i nie jest cool, albo dlatego, że kolorystyka jest już mocno nieaktualna, albo nasze gabaryty kochanego ciała jakoś nadzwyczaj się powiększyły, zupełnie nieoczekiwanie, robiąc nam niesamowitą niespodziankę! ;)

W takich sytuacjach z pomocą przychodzi pomocna sąsiedzka dłoń (przynajmniej w moim przypadku), która wywozi te wszystkie zawalające moją garderobę rzeczy do biednych rodzin, często wielodzietnych, na pobliską wieś. Pożytek z tego dla mnie duży,wyczuwalny i ewidentnie wymierny (mniejszy bałagan w szafach), już nie wspomnę o rodzinie obdarowanego, gdzie dzieciaki obojga płci i różnego wzrostu, i gabarytów, będą mogły cieszyć się jakimś nowych ciuszkiem.

Zachęcam do takich zbiórek, nie pozwólmy rzeczom się niszczyć, niech ktoś ma jeszcze pożytek z szalika, swetra czy koszuli z kołnierzykiem!

Każda pojedyncza rzecz, to jakieś wspomnienia…, spódnica co jeździła ze mną nad morze i morska bryza ją wypełniała niczym żagiel z błękitnymi niezapominajkami, T-shirt w ulubionym kolorze noszony do jeansów z fajnymi kieszonkami po bokach…, szalik w modną kratę…, co już modny być przestał…, ale za to grzeje tak samo dobrze…

Jeśli mamy nadmiar czegoś, podzielmy się…, taki niewielki gest może komuś zapewnić miłe ciepło nadchodzących zimnych jesiennych dni. A poza tym… przekazujemy temu komuś swoją pozytywną energię, ten wiatr co wiał w stronę lądu, co mierzwił włosy i wypełniał nozdrza…, może zawieje jeszcze raz… ?

 

hotice :)

10 paź 11 Życie to walka…

Dzisiaj  o życiu… tej mniej radosnej jego stronie…, nerwy, stresy, emocje, rozstania…

Czy zdarzyło się Wam zwątpić w to co widzicie, czujecie lub doświadczacie? Czy kiedyś czuliście się bezsilni w sytuacji, która was zaskoczyła niczym spadająca lawina? Jak radzicie sobie z konsternacją i przytłaczającym poczuciem zaskoczenia, które potrafi wyjątkowo skutecznie odebrać siły do działania i zabić w was zapał do życia? Taak… trudne pytania…, a jakże…

Ile czasu potrzebujecie by się podnieść po porażce? Czy zadajecie sobie pytanie co spowodowało nagłe tąpnięcie?  Czy analizujecie dlaczego w jednej chwili to co było dniem powszednim, przestało istnieć? Dlaczego w jednej chwili staliście się „wolnymi” ludźmi, kiedy to partner zdecydował, że uczyni was wolnymi? Czy ktoś was  pytał o zdanie czy chcieliście tymi wolnymi się stać?? Czy wasze zdanie w ogóle się liczy? A jeśli tak, to w jakiej materii i w  jakim zakresie? Czy o waszym życiu decydujecie wy sami czy wciąż jest ktoś, kto robi to za nas? Najpierw rodzice, później nauczyciele w szkołach, wasz pierwszy partner, kolejny i kolejny…, szef w pracy…, a później … na emeryturze może będą to nawet dzieci??

Czy czujecie, że kierujecie swoim życiem i odpowiadacie za nie?? A jeśli nie… to dlaczego tak nie jest? Skoro jesteście odpowiedzialni za życie swoich dzieci, ich edukację i wartości im przekazane, dlaczego nie macie na tyle sił, by kierować równie konsekwentnie swoim życiem? Co sprawia, że przy osobistym niepowodzeniu, załamuje się nasz osobisty system wartości? Czy dzieje się tak, bo nasz „kręgosłup” jest nazbyt słaby?

Czy zdajemy sobie sprawę, że każdy dzień mija bezpowrotnie, a nie mamy tych dni nieskończenie wiele? Obawiam się, że zbyt jesteśmy zajęci sprawami błahymi, istotnymi tylko na chwilę, by dostrzec to, co na naszym horyzoncie. A przecież właśnie to jest najważniejsze, ten odległy punkt odniesienia, bo jakie ma znaczenie to, w jakiej teraz jesteśmy sytuacji? Istotne jest to, dokąd zmierzamy, jak odległy jest to cel, jak się do niego dostać i czego po drodze trzeba dokonać, by tam się znaleźć.

Życie to ciągła walka jak się okazuje…, ze swoimi słabościami, z przeciwnościami losu, z niespodziewanymi zwrotami akcji, z ludzką bezinteresowną zawiścią, zazdrością, nieczułością, niewiedzą, indolencją, niekompetencją, no i oczywiście z głupotą jako królową wszystkich niedostatków  i ludzkich ułomności.

Skąd czerpać siłę by się nie poddać, by wytrwać, by w efekcie zwyciężyć, skoro takie sytuacje powodują tak duży dla nas szok, że nie jesteśmy w stanie skupić się na analizie.

Odpowiedź jest prozaicznie prosta, choć wydawałoby się, że wyjątkowo trudna…, a mianowicie siłę taką daje nam drugi człowiek. I pomimo, że przed chwilą ktoś nas zawiódł i zaskoczył niezmiernie, jednak musimy zaufać ponownie, by się odbudować, odzyskać wiarę, równowagę i spokój by w konsekwencji wróciła do nas siła i energia, by iść dalej i dalej… do wytyczonego przez nas celu. Ale czy to będzie ta sama osoba…?  Hmm… chyba nie…

 

hotice :)


01 paź 11 Wymarzony prezent ;)

Wczoraj był Dzień Chłopaka…, spóźnione życzenia wszystkiego najlepszego Panowie, Chłopcy i Chłopy kochane ;)

Skoro wciąż ten dzień jest obchodzony, podobnie jak Dzień Kobiet, to czemu nie zatrzymać się na chwilę nad nim i nie przyjrzeć się jak chłopaki go celebrują, czy w ogóle mają świadomość tego święta, bo ci młodsi z pewnością tak, w szkołach podstawowych, gimnazjach, nawet liceach. Co lubią i co najchętniej chcieliby robić dla relaxu, jakie zabawki sobie kupują i jak spędzają wolny czas, co widzą w marzeniach sennych i co sprawia im przyjemność na jawie…?

Hmm… niech sięgnę pamięcią co robią moi znajomi płci męskiej i co pochłania ich bez reszty w czasie wolnym…

* motocykle  * quady  * samochody  * piłka nożna  * tenis  * pływanie  * siłownia * łowiectwo  * muzyka  * poker  * nowe technologie  * astronomia  * komputery  * mechanika  * zimne piwko  * sex!

Kolejność na liście jest przypadkowa i nie zawiera żadnej ukrytej tendencji ;)

Tak więc Chłopcy, jeszcze raz wszystkiego szybkiego, słodkiego, ciekawego, ekscytującego, fascynującego, co wywoła dreszczyk emocji i spowoduje szybsze bicie serducha ;)


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

hotice ;)