msgbartop
Blog platformy wydawniczej BACKPEN|COM
msgbarbottom

27 wrz 11 My Insolence na wewnętrzne tęsknoty.

Słońce, błękitne niebo, ciemna zieleń liści dębowych za oknem…, jak wspaniale jest obudzić się we wrześniu i zobaczyć wdzierające się do sypialni promienie słońca , poczuć przesycone ciepłem powietrze tak od rana…, coś wspaniałego!

Nadeszła jesień…, jakże inna od tej, która zazwyczaj nam towarzyszy w oczekiwaniu na zimowe przymrozki…, jeśli miałaby ona być taka jak dzisiaj, to jest duże prawdopodobieństwo, że bym ją polubiła. Aż się serce raduje, że po takim niezbyt udanym lecie, chociaż jesień chce nam wynagrodzić brak słońca. Czy można się martwić i smucić w taki dzień? No powiedzcie sami…, nie można! :)

(…)

Kolejny ranek, dokładnie taki sam, z małą różnicą…, obok mnie leży ktoś, kto cudownie pachnie, a każdy jej oddech jest dowodem na to, że cuda się zdarzają. A kiedy po chwili otwiera swoje brązowe oczy, widzę w nich uśmiech i radość równie mocną jak moja, by po chwili usłyszeć „Kocham Cię Mamo”………. – chwilo trwaj…, to są momenty zaczarowane, takie trwające chwilkę, ale w innym wymiarze trwające wieczność. Dla mnie to jedyny namacalny dowód na istnienie miłości… czystej, bezgranicznej i bezwarunkowej …ech… .Skąd we mnie więc ta tęsknota nieukojona? Co się dzieje, że to słońce i obecność mojej córeczki nie daje mi poczucia bezgranicznego szczęścia? Przecież to są tak ulotne chwile… Może i ja nie potrafię docenić tego co mam, co mnie dotyka, co mi towarzyszy i do mnie się uśmiecha w jej uśmiechu…?

(…)

Sama świadomość, że to słońce niedługo przestanie tak radośnie nam towarzyszyć, nastraja mnie z lekka nostalgicznie. Już nie ma takiej mocy promieni,  ale jest takie wyrafinowane, wysublimowane, jak najwspanialsza delicja, jak mgiełka subtelnych działających na zmysły perfum…, no właśnie…., wspaniały pomysł…, jeden ruch i mgła My Insolence ląduje miękko na mojej skórze…, teraz ciepło promieni słonecznych dokończy dzieła…, rozgrzeje skórę i rozniesie wokół mnie ten słodki zmysłowy zapach…, hmm…, miłe uczucie…

W taką pogodę lepiej się pracuje, lepiej się myśli…, oby jak najdłużej to słonko nam świeciło, a prognozy mają być podobno pomyślne.

Nie smućmy się…, nauczmy się skupiać uwagę na małych przyjemnościach, szukajmy szczęścia w prostocie dnia codziennego, doceńmy to co mamy, nawet jeśli to są tylko sporadyczne chwile.  Jeśli świat daje nam w kość i nie jest tak jakbyśmy chcieli, nie dajmy się mu pożreć, szukajmy pozytywów, chociażby włączając relaksującą muzykę, moje nerwy koi chillout, próbujmy odnaleźć równowagę wewnętrzną, dystansując się od tego co jest obok nas, nie dajmy się zwariować, stłamsić i rozszarpać światu, odbudujmy w sobie naturalną i instynktowną barierę, która ochroni nas przed złą energią toksycznych ludzi, a takich przecież nie brakuje nigdzie…, ani w pracy, ani w rodzinie, ani nawet wśród znajomych.

Nauczmy się ratować samych  siebie…, później ratujmy cały świat :)

Ps.  A My Insolence są tak bezczelnie wspaniałe, jak ich nazwa…. i to dosłownie!

 

hotice :)

24 wrz 11 Forrest Gump jest w każdym z nas.

„…Czy każdy ma swoje przeznaczenie czy jesteśmy jak piórka dryfujące na wietrze…?” – Forrest Gump

Niektóre filmy trzeba obejrzeć przynajmniej kilka razy, by dotarł do nas przekaz, byśmy mogli dotrzeć do drugiego dna, by dostrzec to, co za pierwszym razem nam umknęło. A najlepiej zrobić to w odstępie kilku lat, by już z innej perspektywy móc spojrzeć na te same słowa, na te same sceny, na te same sytuacje, na to co dotychczas było dla nas oczywiste. I jakie to wspaniałe uczucie, że możemy to uczynić ponownie…, nie tak jak w życiu…

Życie to nie film…, powtórek nie będzie, to nie teatr, w którym jesteśmy aktorami, to real a czas naszym sprzymierzeńcem nie jest… oj nie -  już dawno nie poczułam tego z taką siłą, właśnie dzisiaj to do mnie dotarło i mnie przygniotło wręcz.

Jeśli się zastanowić nad słowami Forresta Gumpa, odpowiedź łatwa nie jest, a może w ogóle jej nie znajdziemy, ale czy znaczy to, że mamy jej nie szukać? Na ile realny wpływ mamy na to, co wydarzy się następnego dnia? Znam takich, którzy powiedzą, że mają wpływ na te kolejne 24h, a może i na kolejne i kolejne…, planują wszystko z kalendarzem w ręku, są przekonani, że mają kontrolę nad czasem i tym co robią. I bardzo dobrze, że tak myślą…, grunt to wiara i to taka, która uruchamia działanie. To właśnie tacy ludzie wytyczają nam szlaki, wskazują kierunek, uczą niezłomności, uporu i wytrwałości, oby takich nigdy nie zabrakło na naszej drodze, bo tylko tacy potrafią pchać do przodu ten wózek z napisem „POSTĘP, ROZWÓJ, CYWILIZACJA”.

A ci drudzy, co to twierdzą, że cokolwiek by nie zrobili, to i tak ich los jest przesądzony, cokolwiek by się nie wydarzyło, to i tak wiele się nie zmieni, bo to nie oni kierują swoim losem, a są jedynie elementem odgórnego planu? Czy oni  mogą coś zrobić, by nie czuć dyskomfortu braku steru…, by jednak chcieli rozwinąć żagiel co złapie pomyślny wiatr…, pomimo, że niespecjalnie wierzą w to, że ten wiatr zacznie wiać, a jeśli nawet, to skąd pewność, że nie zepchnie ich na mielizny, rafy czy okoliczne skały? No właśnie.., czy ktoś daje nam jakąkolwiek gwarancję, że bezpiecznie dopłyniemy do wyznaczonego celu? Oczywiście, że nie! Tutaj również niezbędnym elementem warunkującym sukces jest WIARA, jednak w to, że dopłyniemy, że dojdziemy, że przebrniemy, że damy radę.

A co z odgórnym planem? No dobrze… ale skąd mamy pewność, że to co nas spotyka w życiu to jest kolejny punkt odgórnego planu, a nie np. los daje nam niepowtarzalną szansę do wykorzystania?? Skąd mamy pewność, że jest tak czy inaczej?? No żeby było ciekawiej i bardziej extremalnie powiem, że… nie ma żadnej pewności, absolutnie i jedynie to jest pewne. Ale uważam, że jeśli nie wykorzystamy nadarzającej się okazji, jeśli nie włożymy maksimum swojego zaangażowania… szansa uleci jak bańka mydlana, którą jeszcze przez chwilę możemy podziwiać, tylko przez chwilę, ale później… :(

Dzisiaj w rozważaniach sprowokowanych przez Forresta Gump’a, dotarło do mnie, że każdy z taką radością witany przeze mnie dzień, który daje mi każdego ranka szansę na przeżycie czegoś wspaniałego u boku mojej córeczki np., każdy więc mój kolejny dzień, radośnie mnie witając wschodem delikatnym acz zdecydowanym, każdy ten dzień, daje mi…. i odbiera… To niesamowita dwoistość, którą trzeba sobie uświadomić i próbować ją w sobie oswoić i zaakceptować. A do tego z kolei trzeba dojrzeć, by się z tym pogodzić.

Ale skoro zastanawiam się nad sensem, przesłaniem i oczywistą niewiadomą, zawartą w słowach Forresta Gumpa, znaczy to niechybnie, że albo dojrzałam do takich rozważań, albo…  po prostu się starzeję z prędkością światła :(

A jeśli i jedno i drugie?? Hmm…

Czy nie czas więc zastanowić się nad naszym podejściem do spraw elementarnych? Czy nie czas przestać wmawiać sobie, że mamy jeszcze czas…, że jeśli nie w tym roku, to zrobimy coś w przyszłym? Dlaczego wciąż więcej gadamy niż robimy? Brakuje nam odwagi, możliwości czy może zapału i wiary? Dlaczego jednak nie uczymy się od innych i nie planujemy naszego życia, by poczuć że mamy nad nim jakąś kontrolę? Dlaczego nie realizujemy konsekwentnie naszych planów, marzeń czy zamierzeń (jakkolwiek by ich nie nazwać), dlaczego oszukujemy wciąż samych siebie, i to z wielką lubością, że mamy czas, że musimy wszystko przemyśleć, że na spokojnie, bez pośpiechu, że egzaltacja czy fascynacja połączona z pasją jest zdecydowanie przynależna infantylnym małolatom, a nie dojrzałym, „statecznym” i doświadczonym życiowo… (nudziarzom…??)

Dlaczego zachowujemy się jak nieświadomi i nieodpowiedzialni…?  Bo przy głębszym zastanowieniu tak właśnie uważam. Bo czym innym, jeśli nie brakiem odpowiedzialności elementarnej,  jest powierzchowne przeżywanie swojego życia i pozbawianie siebie nowych przeżyć, doświadczeń i wrażeń, by w konsekwencji przekazać to co przeżyliśmy, czego dotknęliśmy i czego się nauczyliśmy, naszym dzieciom!? Dlaczego liczymy, że zrobi to za nas ktoś inny? Dlaczego nie przeżywamy swojego życia i nie pokazujemy naszym dzieciom jak maja to czynić??

Jakim jesteśmy społeczeństwem?? Czego nauczymy kolejne pokolenia? Gdzie nasza samoświadomość, samorealizacja i samoocena?? Dokąd my zmierzamy…. i kiedy zaczniemy w końcu myśleć…, odczuwać…, kiedy wyjdziemy z tego wirtualnego cyber kokona, by pokazać się bez chitynowego pancerza XXI wieku?

Hmm…

A piasku w naszej klepsydrze jest coraz mniej…, więc…nie ma na co czekać…, a już z pewnością nie na wyjaśnienie wątpliwości trawiących Forresta Gump’a.

 

hotice :|

 

 

21 wrz 11 Pomiędzy pełnią a wulkanem…

Pełnia Księżyca…,  niebo jest tak wspaniale nokturnowe…, jest 23:23…, magiczna pora, czekam na nią każdego dnia. Powinna być to już pora wyciszenia, odpoczynku, relaksu i odprężenia, a ja…, na przekór rozsądkowi wciąż się emocjonuję oglądając film. Dawno nie oglądałam tv…, jako pierwsza co wyznaje zasadę, że tv to wytapiacz czasu człowieczego, który przecież jest tak mocno ograniczony. No i na przekór sobie, siedzę w łóżeczku, pod kołderką i zamiast cieszyć się zdrowym snem przed północą, oglądam „straszny” film z Sissy Spacek – „Demon”, więc jak się można domyślić, i po tytule i po nazwisku aktorki – łatwo, miło, przyjemnie i lekko nie będzie, oj nie.

Hmm… no to w sumie jak w życiu…, normalka…

Zeszły tydzień był dość emocjonujący, dzisiejszy dzień również, a jakże… . Nawet się zastanowiłam przez chwilę czy to typowe dla mnie, te emocje, nerwy, stresy, wzruszenia…, taki ciągły galimatias z adrenaliną w tle… Nie jest tajemnicą żadną, że uzależnienie od adrenaliny jest zjawiskiem powszechnie znanym i szeroko już opisanym, i coś mi się wydaje…, że każdy psycholog mógłby takie uzależnienie u mnie zdiagnozować (z dwojga złego wolę to od papierosów czy alkoholu!). Aczkolwiek adrenalina jest bezwonna… jak czad…

(…)

Minął kolejny tydzień… wypisz wymaluj taki jak poprzedni.

I stało się to, co stać się musiało… a mianowicie, moja cierpliwość się wyczerpała, pokłady dobrej woli okazały się już do końca wyeksplorowane, nie pomógł nawet ani fryzjer, ani manicure świeży…, „trudne dni ” okazały się przysłowiowym gwoździem do trumny. Eksplodowały złe emocje…

Co ze mną jest nie tak?? Czy ja jestem mało elastyczna, czy może nazbyt drobiazgowa, czy zbyt sztywno traktuję zasady, w efekcie których finalnie wychodzą kwasy? Kiedy odpuścić by nie przesadzić? Dokąd „dokręcać śrubę”? Kiedy mówić, a kiedy słuchać? Jak zapanować nad emocjami destrukcyjnymi? Czy można zapanować nad wylewającą się z krateru lawą słów? Czy ktoś zna odpowiedzi na te pytania?

Nie wydaje mi się…

Moja lawa właśnie dzisiaj uległa erupcji i to strzelając dość wysokim słupem ognistej magmy. Na szczęście każdy schronił się w miarę bezpiecznym miejscu. Ale czy na pewno? To się okaże niebawem…, za dzień czy dwa, jak lawa ostygnie i ukaże się w nowej odsłonie, pokrywając okoliczne tereny i ukazując nowe jego ukształtowanie. Wylało się wszystko co we mnie się kotłowało, co wrzało i stygło i znowu wrzało, i tak na zmianę…, niepokoje, nerwy, stresy, pośpiech, rozterki, niepowodzenia…, wszystko to z siłą wulkanu wylało się ze mnie i … dzisiaj już czuję pustkę.

Tak się zastanawiam…, bo to typowe dla kobiet jest przecież, jak duży wpływ hormony mają na nasze decyzje, na nasze zachowanie, czy kobieta jest obiektywna będąc szefem, a będąc w takim stanie „przederupcyjnym”, jak efektywna jest jako pracownik, czy nasze hormony nie są naszym wrogiem w walce o równouprawnienie? Przecież powinny być naszym sprzymierzeńcem, a czy tak jest? Obawiam się jednak, że wpadamy w zastawioną na nas przez hormony pułapkę, bo choćbyśmy się starały, choćbyśmy głośno krzyczały, że jest inaczej, choćbyśmy chciały się wyprzeć naszej natury…, jesteśmy kobietami – istotami złożonymi z wody i hormonów, a na nieszczęście niektórych, mamy jeszcze dość dobrze rozwinięte mózgi.

Oby tylko życia starczyło na naukę jak tym wszystkim kierować, by się nie rozbić na pierwszym lepszym zakręcie…, ech…

Tylko gdzie się uczyć, od kogo, kto będzie miał tyle cierpliwości, by tłumaczyć i pokazywać? Dlaczego kobiety są zupełnie nieświadome swojej konstrukcji i często zbyt późno się o niej dowiadują? Dlaczego nie umieją robić ze swojego dziedzictwa bardzo mocnego oręża? A jeśli… to zupełnie za późno…

A może przynależność płci to swoiste niewolnictwo i bolesna świadomość donkichoterii? O tak… jest o czym myśleć, jest…, w szczególności jak się ma córkę…

 

hotice :|


08 wrz 11 Chwile w Raju…

Niedziela… -  Dzień Pański…- 7 dzień tygodnia .

Stwórca pokazał swoją wszechmoc w sposób wyjątkowo wyraźny, dobitny i jakże przyjemny… . Takiej pogody i takiej intensywności kolorów dawno nie widziałam, no nie pamiętam, no! Kolory zdecydowane, dość jaskrawe, będące kwintesencją siebie i swoich definicji, co prawda jedynie trzy kolory, ale chyba tyle wystarczy, żeby zmysły odpoczęły i nacieszyły się intensywnością barw – przelewającym się bezmiarem oślepiającego błękitu, intensywnym zimnym granatem morza i… pięknym jasnym  beżem piasku, miałkiego jak mąka, no prawie żywcem przeniesionego z plaż najwspanialszych kurortów! :)

Ponieważ na taką pogodę czeka się nad Bałtykiem dniami całymi…,  tygodniami, żeby nie powiedzieć – miesiącami – postanowiłam celebrować ten dzień jak najdłużej się da. Po lekkim śniadaniu udałam się na plażę, nie odmawiając sobie innej jeszcze przyjemności – spaceru po sosnowym lesie, który porasta całą przestrzeń pomiędzy plażą a miasteczkiem. O każdej porze dnia inaczej pachnie, rano wilgocią mchów i grzybni, po południu przyjemnym chłodem ścieżek otulonych dywanami z szyszek. Jest to wyjątkowy las…, jest tu i płasko i pagórkowato, rosną tu paprocie i muchomory, mieszkają jaszczurki, ale jednak nie jest ciężki i ciemny, wręcz przeciwnie… las jest przejrzysty, a sosny porastają go dość tłumnie, wszystkie jakby wychylone ku lądowi, naginane przez sztormy i inne mniej intensywne nadmorskie „halne” podmuchy.

Jest tutaj wszystko czego potrzeba do spacerów, do biegania, do jazdy na rowerze – reasumując – do odpoczynku w każdej formie fizycznej dla początkujących, ale i dla zaawansowanych. Kiedy przegrzejemy ciało na plaży, jakże miło jest poczuć chłód dający ukojenie naszej skórze…, wystarczy zrobić kilka kroków w stronę lasu. Kiedy w pochmurny dzień nasze włosy przeczesuje pachnąca świeżością soli morskiej bryza, wystarczy wejść do lasu, by dać odpocząć skórze smaganej wiatrem i poczuć spokój i ciszę.

To jest właśnie ta równowaga, jaką odczuwa się w Karwii, mamy tutaj wszystko co potrzebne do dobrego odpoczynku naszego ciała i duszy.

Po niespiesznym spacerku wśród drzew, dotarłam na miejsce mojej celebracji :)

Oko dopieszczone kolorem i formą, ucho ukojone rytmicznym szumem fal…, ciało smerane przez niesłabnące promienie słońca… – co za błogość… . Poczucie, że ta plaża jest jedynie kilka godzin drogi od mojego domu, po raz kolejny dodała mi pewności, że tutaj wrócę i wyparła myśli o pożegnaniu. Ale… gdyby nie było pożegnań – nie smakowałyby tak powroty…, ech… .

Teraz póki co  – chwilo trwaj…..! :)

 

hotice :)

05 wrz 11 Hipnotyczny Bałtyk.

Noc… 0:40…, ciemno i cicho…, słychać tylko szum wentylatora w laptopie, a za oknem słychać szum morza… . Co za niesamowity, niezmienny i hipnotyczny dźwięk…, kojący nerwy i kołyszący do snu, co rusz powtarzający się z tą samą częstotliwością, różniący się siłą uderzenia fali o piasek, a rankiem – przywołujący mnie „no wstawaj, przyjdź do mnie, zobacz jakie dzisiaj jestem, takiego mnie nie widziałaś…” – a ja ulegam…, nie potrafię się oprzeć, idę…, bo przyjechałam tu specjalnie by je widzieć, słyszeć, czuć i cieszyć swe zmysły jak najdłużej się da…

Tak… dokładnie tak…, jestem w miejscu, które kocham, które od lat traktuję jak swoje miejsce na Ziemi…, jestem nad moim granatowym Bałtykiem, gdzie szeroka plaża ma tak miałki piasek, że piszczy pod stopami kiedy idę…, gdzie błękit nieba jest najbardziej błękitny, gdzie powiew bryzy przynosi kojące ochłodzenie, a jej zapach wypełnia nozdrza wspaniałym zapachem – jestem w Karwii :)

Postanowiłam przyjechać tutaj choć na kilka dni, tuż po wakacjach…, słońce jest jeszcze na tyle silne, że swymi promieniami czule dopieszcza skórę, a na plaży nie ma tłumów turystów, więc można się cieszyć na całego tym co daje to miejsce, nieograniczoną  przestrzenią na szerokiej plaży i spokojem spacerów w sosnowym lesie. I dokładnie to wszystko mam. Aż się wierzyć nie chce, że jeszcze tydzień temu było tutaj tłoczno i gwarno. Teraz jest wspaniale…, można się skupić na Wypoczynku w dosłownym tego słowa znaczeniu, a nie na czymś co wypoczynkiem się zowie, a charakteryzuje się slalomem wśród parawanów, często z narażeniem się na niewybredne uwagi i mrożące spojrzenia, kiedy ledwo zachowując równowagę pomiędzy jednym kocem a drugim, nasypie się zupełnie niechcący piasku komuś do plastikowego kubka z piwem! O losie… to jest dopiero jazda! Pełnia sezonu na nadbałtyckiej plaży – dokładnie tak samo wygląda ona na całej długości wybrzeża, od Helu po Międzyzdroje, lub jak kto woli, z zachodu na wschód.

Tak więc jestem tutaj…, w miejscu oddalonym od mojego miejsca zamieszkania 4,5h drogi (w warunkach sprzyjających), choć moja podróż tak wspaniale nie wyglądała czasowo, gdyż na trasie E7 mamy co rusz przebudowę. No tego nie przewidziałam, ale okazało się, że jak się wyruszy późnym popołudniem, można już w miarę spokojnie przejechać całą trasę, z tym, że z powitaniem morza trzeba się wstrzymać do rana. Po perypetiach na źle oznakowanych tymczasowych trasach, dotarłam w końcu! Uff… reszta się już nie liczy…

Pierwszy dzień pobytu (piątek) okazał się słoneczny w miarę, ale nie upalny, z niewielkim zachmurzeniem, ale za to zimnym wiatrem, polary i kurtki chroniące przed wiatrem bardzo się przydały. Tu i ówdzie nawet kropnęło. Kolejny dzień (sobota) był już ładniejszy, można było zdjąć kurtki i polary, ba! nawet niektórzy śmiałkowie zaryzykowali wejście do wody, brrr… . Ale dzień kolejny (niedziela) – o ironio! i to dzień wyjazdu oczywiście – od rana tonął w słońcu cieplusim i nie mógł się oprzeć błękitnemu naporowi nieboskłonu…

cdn.

 

hotice :)

 

31 sie 11 Blogowanie – nałóg czy potrzeba

Dzisiejszy post napisał się sam. Jako że dzisiaj Dzień Blogera, postanowiłam zatrzymać się przez moment na temacie bloga, blogowania i tego co blog daje piszącemu i czytającemu.

Czytamy za Wikipedią…

Blog (ang. web log – dziennik sieciowy) — rodzaj strony internetowej zawierającej odrębne, samodzielne, uporządkowane chronologicznie wpisy, których twórcą jest właściciel bloga. Blogi umożliwiają zazwyczaj archiwizację oraz kategoryzację i tagowanie wpisów, a także komentowanie notatek przez czytelników danego dziennika sieciowego. Ogół blogów traktowany jako medium komunikacyjne nosi nazwę blogosfery.

Blog od wielu innych stron internetowych różni się zawartością. Niegdyś weblogi utożsamiano ze stronami osobistymi (czy domowymi). Dziś ten pogląd wydaje się nieuzasadniony, wciąż jednak od innych stron internetowych blogi odróżnia bardziej personalny charakter treści: częściej stosowana jest narracja pierwszoosobowa, a fakty nierzadko przeplatają się z opiniami autora. Ponadto można spotkać się z definicją bloga jako sposobu komunikacji.

Zastosowania i aspekty społeczne

Blogi często mają charakter osobisty. Niegdyś utożsamiano je z internetowymi pamiętnikami, dziś ich zakres tematyczny jest tak szeroki, że to określenie wydaje się niesprawiedliwe. Blogi zawierają osobiste przemyślenia, uwagi, komentarze, rysunki, a nawet nagrania (audio i wideo) – przedstawiają w ten sposób światopogląd autora. Dzienniki sieciowe mają też wiele innych zastosowań: mogą być używane jako wortale poświęcone określonej tematyce, narzędzia marketingu czy komunikacji (np. politycznej). O ile blogi osobiste mają zazwyczaj jednego autora, o tyle w innych przypadkach blog ma nierzadko wielu autorów (mówimy wówczas o blogach kolektywnych).

Autorzy blogów śledzą zazwyczaj inne blogi, tworzą do nich odsyłacze (blogroll, trackback) i nawiązują kontakty z ich autorami, wtedy siatka blogów zaczyna działać jako większa, powiązana całość, czyli tzw. blogosfera. W przypadku blogów poświęconych specyficznej tematyce wymiana myśli między autorami może sprzyjać rozwojowi danej dziedziny wiedzy. W przypadku blogów osobistych autorzy nawiązują często stosunki towarzyskie, dlatego też w pewnym sensie możemy porównać sieć blogów z aplikacjami rodzaju social networking.

Rodzaje blogów

Zasadniczy podział blogów opiera się na kryterium środków wyrazu, zazwyczaj wykorzystywanych przez autora. Na tej podstawie można wyróżnić:

  • blog tekstowy — najczęściej wykorzystywanym środkiem wyrazu jest tekst; blogi tego typu są najpopularniejsze, mikroblog— poszczególne wpisy ograniczają się zazwyczaj do jednego lub dwóch zdań
  • linklog — zasadniczą zawartością są odnośniki do innych treści, czasem opatrzone komentarzem,
  • fotoblog — podstawową treść stanowią fotografie,
  • wideoblog — podstawową treść stanowią filmy,
  • audioblog — jego treść stanowią pliki audio (podcasty).

Ponadto możemy wyróżnić:

  • moblog — treść jest umieszczana za pomocą urządzenia mobilnego,
  • blog dynamiczny – taki, na którym wpisy pojawiają się przynajmniej raz dziennie
  • flog — blog osobisty, którego autor jest opłacany przez przedsiębiorstwo; jego celem jest ukryta reklama produktów,
  • roblog — treść jest dobierana bez ingerencji człowieka,
  • spamblog— ma na celu manipulowanie wynikami wyszukań wyszukiwarek internetowych.

No ok, to tyle definicje…, ale zastanówmy się po co nam blogi…, czy pisanie bloga to potrzeba czy już nałóg? Czy jeśli blog traktujemy jako elektroniczną formę dziennika, to czemu wywołuje on takie kontrowersje? Może to tylko zmiana nośnika i formy zapisu? Przecież wciąż służy on zapiskom naszych myśli, spostrzeżeń, refleksji…, tak jak kiedyś poczciwy zeszyt w twardych okładkach, zapisywany skrzętnie linijka po linijce. Odrzucając skrajne potrzeby i powody prowadzenia bloga, pozostaje nam po prostu najzwyczajniejsze dzielenie się z czytelnikami tym co nam w głowie zaświta, naszymi myślami mniej lub bardziej trafionymi, aż w końcu… prowokowanie, kontrowersja…, zmuszenie do myślenia, zadumy, zastanowienia nad sprawą opisywaną.

Czy taka forma kontaktu z czytelnikami przynosi efekt? Jak najbardziej!! Ludzie lubią bloga, blogowanie i coraz więcej jest osób, które rozumieją taką formę wypowiedzi.

Spektrum tematyczne jest wyjątkowo szerokie…, w końcu „każdy pisze co chce i jak chce”… czy to erotyka… czy polityka, już nie wspomnę o blogach skupiających wokół swoich postów grupy pasjonatów (rowerzyści, motocykliści, ale i grupy, które łączy jakaś sprawa, pomoc potrzebującym, niepełnosprawnym, chorym dzieciom, czy chociażby nawet poszukiwanie zaginionych osób). Rolę bloga nie sposób przecenić, gdyż jego treść za sprawą netu dociera do czytelnika o wiele szybciej i dalej niż lokalne wydania gazet – to znamię czasów w jakich żyjemy.

No i jeszcze jedna sprawa… wolność wypowiedzi praktycznie nieskrępowana przez cenzora. Forma bloga umożliwia nam poczucie tej wolności, zasmakowanie w niej…, a fakt, że znajdują się czytelnicy, jest dla nas blogerów dodatkowych motywatorem do pisania. Nie mając przeszkód opisujemy świat i jego postrzeganie, reagujemy na otaczające nas bodźce, ale już nie sami, ale razem z naszymi czytelnikami, poruszamy ich serca, budzimy ich wątpliwości…, dzielimy się szczęściem, ale i troską i smutkiem…, trochę to ekshibicjonistyczne – owszem…, ale nie bardziej niż każda inna forma artystycznej czy literackiej wypowiedzi.

A jeśli chodzi o czytelnictwo zapisków w tej formie…, hmm… może nie jest aż tak źle z czytaniem w naszym kraju , skoro blogi powstają jak grzyby po deszczu i mają swoich wiernych czytelników, powiedziałabym nawet „wyznawców”!  ;)

 

hotice :)

 

28 sie 11 W poszukiwaniu wewnętrznej siły.

Przeczytałam artykuł o Nergalu -  Adamie Darskim…- wokaliście metalowej grupy Behemoth -  „O człowieku, który się diabłu (nie) kłania” . Poniżej zamieszczam link do niego:

http://muzyka.onet.pl/publikacje/czlowiek-ktory-sie-diablu-nie-klania,1,4817074,wiadomosc.html

No tak…, przeczytałam…. i zapewne się zastanawiacie, czemuż to mnie zainspirował do napisania posta na blog… czyżbym chciała pisać o białaczce…, a może o muzyce tej dość specyficznej…, a może o rozstaniu Nergala z Dodą???

Absolutnie nie, nic z tych rzeczy…, białaczka jest dostatecznie wystarczająco opisana w internecie, wystarczy wiedzieć jak i gdzie szukać. Muzyka… – ja uprzedzeń nie mam co do żadnego nurtu muzycznego, kołatanie serca powoduje jedynie u mnie jazz, a reszta dźwięków…, albo koi moje nerwy, albo nastraja mnie mocno energetycznie, dla przeciwwagi i świadomego eksperymentu, mogę posłuchać i heavy metalu, czemu nie…, dla lepszego zrozumienia i porozumienia z synem, masochistycznie wsłuchiwałam się w Rummstein, więc spoko…

A wracając do grupy Behemoth -  tak swoją drogą… oglądałam ich clipy na youtube… dłonie miałam spocone…., działają na mój układ nerwowy i to dość ewidentnie – znaczy… wrażliwa jestem jak widać.  Obrazy wprowadzają niepokój, trafiają do podświadomości, emanują strachem, pokazują świat z tej złej strony, no bo czy można wątpić w to, że jeśli istnieje dobro, to nie istnieje zło? Jeśli równowaga jest stanem idealnym, to z pewnością istnieje i dobro, i zło. I taką a nie inną interpretację zła pokazuje nam grupa Behemoth.

A Doda…?? No cóż… każdy ma suwerenne prawo wyboru partnera, co ja „Pudelek” jestem jaki czy co, żeby się zastanawiać czemu ze sobą zerwali i nie są już najgorętszą parą polskiego show-biznesu? ;)

Więc po co piszę to co piszę…, zapytacie… . Chciałabym poruszyć tutaj dwie kwestie:

1. siła walki z chorobą, z przeciwnościami losu, z tragediami…, z rozstaniami…, skąd ją czerpać, czym się posiłkować, do których drzwi pukać w nadziei o pomoc, wsparcie…

2. niebywała lekkość w osądzaniu Artysty (wystarczy zerknąć na komentarze pod artykułem), która powoduje u mnie gęsią skórkę, delikatnie mówiąc…

Więc po kolei…

1. Wszyscy wiemy co spotkało Nergala, białaczka limfatyczna…, nie jeden poddałby się chorobie, załamałby się, w końcu to nie zapalenie gardła…, a On… siła wewnętrzna i hart ducha, utrzymały Nergala na powierzchni. Po półrocznej chemioterapii wyszedł ze szpitala… osłabiony fizycznie, ale nie psychicznie. Może nawet psychicznie wzmocniony – czyli „Co cię nie zabije, to cię wzmocni…” – powiem wprost imponuje mi taka postawa i to bardzo.

W życiu każdego z nas, w każdej rodzinie, ktoś choruje, ktoś zmarł…, odszedł nagle, tragicznie bądź po długiej chorobie… . Czy jeśli nie opłakujemy rzewnie naszego krewnego, znaczy to, że mniej tęsknimy?? Nie sadzę… . No ok…. ale jeśli opłakujemy krewnego dość mocno i z takim samym smutkiem dnie całe, czy nasza tęsknota ma szanse się zmniejszyć? Hmm…, nie wydaje mi się. Tęsknota pozostanie, ale wytworzy się w nas stan zrozumienia zaistniałej sytuacji i jej akceptacji, wówczas o wiele łatwiej będzie nam z tą tęsknotą się zmierzyć. No tak…, ale  jeśli do głosu dochodzą emocje, rozsądek zdecydowanie jest w opozycji.

Skąd czerpać siłę by pogodzić się z odejściem kogoś bliskiego i potraktować ją jak naturalną kolej losu? Myślę, że dla osób wierzących, moje pytanie jest pytaniem retorycznym…, a dla całej reszty?? Hmm… Ta cała reszta musi włożyć nie lada pracę w to, by zrozumieć niezrozumiałe, by ogarnąć to czego ogarnąć nie sposób, by zaakceptować to co zaakceptować nie łatwo… . Taak… niewierzący mają o wiele trudniej…

Gdzie więc znaleźć siłę, by przetrwać? Z jakiego źródła zaczerpnąć, by ukoić pragnienie palące, by odnaleźć odpowiedzi na męczące pytania wciąż powracające? A może nie ma odpowiedzi na wszystkie pytania…, a jeśli są, może chcemy poznać je zbyt wcześnie? Może nie jesteśmy jeszcze na nie przygotowani i dlatego ich nie znajdujemy…, może musi upłynąć czas, byśmy do nich dojrzeli, może…

Ale jeśli już coś nas zaskakuje i nie możemy racjonalnie pojąć dlaczego to nas akurat dotknęło, dajmy sobie szansę zrozumienia słów interpretacji kogoś nam bliskiego, kto stoi z boku i ma inną perspektywę patrzenia na tą sytuację, może to ktoś bardziej doświadczony…, może bogatszy w przeżycia, może to nasz autorytet, może ogarnia więcej niż nam się wydaje…

Ja osobiście uważam, że nic nie dzieje się przez przypadek i staram się nadać wszystkiemu sens, poszukać go, w każdej sytuacji jaka mi się przydarza. Analizuję…, myślę…, zastanawiam się…, kojarzę fakty, szukam ich wzajemnych powiązań i wspólnych obszarów…, szukam genezy, ale i wyciągam wnioski, zastanawiam się nad wpływem tego co mi się przydarza na moją osobę i moje życie, a dodatkowo… – wiem, że to ciężkie, ale zapewniam, że z biegiem czasu można się tego nauczyć – nawet w sytuacji negatywnej, szukam pozytywów.

Kiedy jest nam źle, kiedy zadajemy więcej pytań niż możemy znaleźć odpowiedzi, może powinniśmy się wyciszyć i zagłębić w siebie, próbować odnaleźć nasz wewnętrzny głos, który jest naszym prawdziwym ja, który nigdy nas nie zwiedzie, bo jest na poziomie naszego niezmąconego niczym instynktu.

Kiedy nie potrafimy tego zrobić sami, skorzystajmy z pomocy profesjonalisty, nie sposób przecenić pomocy psychologa, zapewniam Was… . Ale najczęściej pomocną dłoń podaje nam Przyjaciel i choć myślimy, że nie jest w stanie nas zrozumieć, przyjmijmy ją…, bo często jest tak, że rozumie on więcej niż nam się wydaje.

2. Pomyślmy z jaką łatwością przypinamy ludziom łatkę zupełnie ich nie znając, jak łatwo oceniamy, ferujemy wyroki… . Jakim prawem to czynimy? Dlaczego pozwalamy sobie na krytykę lub celniej będzie powiedzieć – krytykanctwo, niewiele wiedząc o twórcy czy autorze? Kto dał nam prawo oceniać, krytykować, wyrażać negatywne poglądy pod adresem chociażby Nergala…, czy coś o nim wiemy, czy znamy go jako człowieka…, czy znamy jego dokonania i dobrze rozumiemy twórczość? Nie sądzę…

Wszystkim tym, którzy zbyt pochopnie oceniają Nergala jako człowieka i nie rozgraniczają jego wizerunku scenicznego od prywatnego…, polecam chociażby stronę w Wikipedii.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Darski

Ja jestem pod niesłabnącym wrażeniem tego co wyczytałam o tym człowieku, jego osiągnięcia, talenty i uzdolnienia mówią same za siebie. Dalszy komentarz jest zbyteczny. Może to co tam jest napisane da do myślenia autorom przygłupawych komentarzy…?

 

hotice :)

17 sie 11 Nieukojona tęskonota…

Są takie dni, kiedy człowiek ma dość wszystkiego… i to dosłownie. Kiedy brakuje energii, by złapać kolejny oddech, a łzy same płyną po policzkach i już nie szuka się wytłumaczenia dlaczego, kiedy telefony milczą, jakby się zmówiły, kiedy odczuwa się samotność tak mocno…, jak nigdy dotąd. Są takie dni kiedy słońce na niebie jakby nie istniało, kiedy błękit co ogarnia mnie swoimi ramionami od rana, też tak jakby stał się niewidoczny…, kiedy muzyka sprawia ukojenie, ale tylko na chwilę i to taka, mocno refleksyjna, idealnie współbrzmiąca z nastrojem…, najlepszy jest w takich momentach Dżem, lepszej nie znam…, wystarczy posłuchać „W drodze do nieba” …

Są takie nostalgiczne dni i…  dzisiaj dopadł mnie taki właśnie dzień :(

Wróciłam z długiego weekendu, owszem… wypoczęłam nieco, ale… nie był to wyjazd typowo wakacyjny, rodzinne spotkanie na pogrzebie i stypie… .

Przy okazji odwiedziłam grób mojej Babci ukochanej, bardzo tego potrzebowałam, bo od Jej śmierci brakuje mi jej wciąż nieustannie -  charakterystycznego ostrego, mocnego głosu, Jej powiedzeń, rad…, Jej śmiechu…, Jej dłoni drobnych, głaskających moje włosy.. .

Stałam o zmroku nad grobem i… mówiłam do Niej…, co za dziwna sytuacja…, kiedy ja tak bardzo potrzebuję przytulić  jej drobną posturkę, musi mi starczyć jedynie mówienie do jej mogiły, ech…  :(

Czasami widuję Ją we śnie…, mówi do mnie…, swoim mocnym i jakże rozpoznawalnym głosem…

Jak ukoić w sobie te tęsknoty?? Czy jest jakiś sposób, by poczuć spokój i tą wewnętrzną równowagę, za którą tęsknię?  Z osobą mojej Babci odeszła ode mnie miłość… ta bezwarunkowa, za nic…, ta okazywana mi każdego dnia mojego życia, od dzieciństwa…, w każdej rozmowie, w każdym geście, w każdej radzie, w każdym dociekliwym pytaniu…, odeszło poczucie, że jestem dla Niej ważna, że jestem wyjątkowa, że jako najstarsza wnuczka z całego stadka wnuków, mam u Niej fory, bo jestem „pierworodna” wnusia.

Zbliża się kolejna rocznica urodzin Babci…, 26 sierpień…, to byłyby Jej 89-te…

Babciu… kocham Cię…. i strasznie tęsknię… :(

 

http://www.youtube.com/watch?v=QV9i8Jdu-sE

 

hotice :(

 

15 sie 11 Weekendowa sielanka…

Długi weekend…, kolejny tego roku…, ech… jak my lubimy długie weekendy :D

Scenariusz na spędzenie czasu opracowany i wypróbowany wielokrotnie. Wyjazd do rodziny, znajomych, lub grillowanie w ogródku. Pomysłów na ten wolny czas wiele, jak wiele głów do myślenia. Ale czy na pewno? Czy mamy w sobie tyle sił by się zmobilizować i wyjechać z miasta? By nie chodzić po raz kolejny po centrach handlowych, nie napychać się popcornem w janosikowej cenie, tylko pojechać w miejsce zielonej ciszy, by dać odpocząć naszym zmysłom? Gdzie? No chociażby do rodziny na wieś lub jak ktoś nie mający, to na kwaterę agroturystyczną. By nie słyszeć samochodów, tramwajów, klaksonów, motocykli, tego całego zgiełku miasta, wyłączyć telefon i…. dać się ponieść rytmowi przyrody, wsłuchać się w szum listowia, wystawić twarz do słońca, nasłuchiwać ptaków i rozróżniać ich pojedyncze głosiki…

Sprawiajmy sobie małe przyjemności, róbmy to, co nas wyciszy, co zresetuje nas i da nam energię do działania, zadbajmy o swój życiowy akumulator. Nikt za nas tego nie zrobi, musimy zadbać o siebie sami, musimy do tego podejść  najzwyczajniej w świecie egoistycznie.

Wychodząc z tego założenia, pojechałam na wieś, do rodziny, a tam… zrobiłam sobie dzisiaj poobiednią sesyjkę „poleżanka” na ogrodowej huśtawce. Nieboskłon nade mną błękitny, niezmącony żadną domieszką, biel chmur jakby pierzastych poduch rozsypanych niezdarnie…, co za sielanka…, cisza, spokój, lekkie zakrzywienie czasoprzestrzeni, które daje złudzenie przeniesienia do innej rzeczywistości…, chwilo trwaj… :)

I co tu więcej pisać…, cieszmy się wolnym czasem dopóki on trwa :)

 

hotice :)


10 sie 11 Spełnienić marzenie…

Siedzę i się zastanawiam… szukam tematu… . Od rana buszuję w necie, sprawdzam, analizuję, instynktownie uciekam od złych wiadomości, angielskie pożary…, niepokoje…, Nigeryjczyk pogryzł kontrolera w krakowskim autobusie…, no jakiś absurd, a jednak…, może brzmi to jak groteska, ale … dalej czytamy, że miał HIV, hmm…, na stronie Onet-u jako pierwsza króluje polityka. Wystarczy przelecieć po nagłówkach… – o niee… tym się zajmować nie będę.

No to co w takim razie…, pogoda jakaś taka…, słońce znów znikło i zrobiło się wietrznie, wielki dąb za moim oknem szumi konarami nieustannie, i niezmiennie szeleści liści gęstowiem. Według najnowszych prognoz ma być zimno, wietrznie i deszczowo. No cóż…, nie udało nam się lato w tym roku. Słońca jak na lekarstwo, wygrzać się nie można, no chyba, że w solarium. Kierowana tęsknotą za brzoskwiniową opalenizną, po raz pierwszy od nastu lat, dałam się skusić magii lamp i szybkiego opalania i… by poprawić sobie nastrój i wygląd oczywista, udałam się do solarium. Uradowana, że z taką łatwością myśli i słowa można zamienić w czyny, ułożona w dość wygodnym łóżku, włączyłam START…

Po 10 minutach solidnego wygrzewania ciała, oczywiście z każdej strony, wyszłam z ulgą z kapsuły. Po kilku godzinach dopiero okazało się, że … skórę mam spieczoną i bolesną – no tak… to już z głowy mam zabiegi algowo-borowinowe, masaże i inne experymenty poprawiające urodę. Co za bezmyślność! Zapomniałam się posmarować kremem z filtrem! No fantastycznie!   I cały mój wspaniały plan odnowy wziął w łeb, ech….  :(

Kiedy słońce niknie nie mogę się zebrać…, jestem „słońcozależna”… od wielu wielu lat…, ale nie ja jedna tak mam z pewnością. Refleksje mnie jakieś atakują…, ojj…. niedobrze…, a wczoraj mogłam góry przenosić, byłam zwarta i gotowa, gotowa do walki z przeciwnościami losu i od rana w pełnym rynsztunku. A dzisiaj… dzisiaj patrzę na twarzyczkę mojej małej córeczki i przepełnia mnie myśl, że tak bardzo ją kocham i zastanawiam się jak jej to dzisiaj okazać, by miała fajne przeżycia i mogła zapamiętać ten dzień jakoś szczególnie. Czasami chciałabym się przenieść do jej świata i jej oczami pełnymi nadziei, radości spontanicznej i figlarnej psoty, móc przeżyć choć jeden dzień.

Właśnie przybiegła moja Iskierka i zarządziła 4-minutowe przytulanie, dopytując się co chwila ile minut już minęło. Cierpliwie i z dużą przyjemnością dałam jej te 4 minuty przytulania, przecież to jedynie 4 minuty! Spróbujcie to zrobić ze swoim dzieckiem, niezależnie od wieku, jeśli tylko dziecko nie zacznie Wam się dziwnie przyglądać mając już np.16 lat, haha :D

Mnie w każdym razie to pomogło…, włączyłam swoją ulubioną muzykę i zaczynam się mobilizować do działania. Nie sposób się nudzić przy tej istotce mojej, rozgadanej do granic możliwości, zupełnie nie wiem po kim, haha :D

Oznajmiła mi przed chwilą, że chciałaby jechać na obiad do… IKEI (kącik zabaw dla dzieci stoi za tym wyborem oczywiście), zje frytki, kulki mięsne i drzewka (brokuły) a kiedy usłyszała, że się zgadzam, entuzjastycznie oznajmiła pełna satysfakcji, że jest bardzo zadowolona i będzie to jej „najlepsiejszy dzień życia! :D

No i jak tutaj nie spełnić marzenia dziecka i nie jechać do IKEI… na obiad? :)

 

hotice :)