msgbartop
Blog platformy wydawniczej BACKPEN|COM
msgbarbottom

16 gru 11 Idą święta…

No i mamy połowę grudnia… coraz bliżej święta…

Czas na choinkę, prezenty, Wigilię, biesiadowanie  przy stole, ale wcześniej przygotowania, sprzątania, pucowania, czyszczenia, prasowania, gotowania, pieczenia, itd., itd… . Noo… nie powiem, by jakoś nastrajało mnie to optymistycznie, oj nie powiem.

W sklepach jest teraz wszystko, oby mieć pieniądze, ale właśnie teraz w tych jakże dostatnich czasach, mnie osobiście nie cieszą ani zakupy i poszukiwanie prezentów, ani na biega robione zakupy przedświąteczne, zapełniające lodówkę. Hmm… gdzie tutaj logika?? Przecież doczekałam czasów, kiedy jest w sumie wszystko i nawet wiele czasu nie trzeba tracić na to, by zdobyć wszystko co potrzeba.

No ale jakoś czar prysł…, wszystko na biega robione, na ostatnią chwilkę, czasu nie ma by się z namaszczeniem zająć czynnościami może niezbyt wzniosłymi, ale dające oddech i odpoczynek głowie, mimo to, że to czynności fizyczne i to z reguły syzyfowe. No bo kto lubi i widzi sens w sprzątaniu np?? Panowie nie przykładają ręki do tychże czynności, no może jakiś dywan – jeśli już MUSZĄ, no to już niechaj będzie to taki wkład w święta. A tak na marginesie…, to pamiętam z dzieciństwa, jak przy trzepaku rosła kolejka panów z trzepaczkami i często już ciemno było, kiedy wracali do domów, nie rzadko chwiejnym krokiem ;)

Taak… święta… ech… . Może są jeszcze gdzieś takie domy, gdzie ten czar i atmosfera podniecenia panuje, może i są…

Ja jakoś nie potrafię się już cieszyć, chciałabym przespać albo wyjechać… i wrócić PO…, nie szykować, nie kupować, nie brać udziału w gonitwie po prezenty pod choinkę, nie życzyć, nie uśmiechać się… itd., itd…, najlepiej się gdzieś teleportować i przeczekać. I coś mi się wydaje, że nie jestem w takich odczuciach odosobniona.

A po świętach… bo przecież jakoś trzeba będzie je przeżyć, znowu czas przygotowań i gonitwy… Sylwester…, pęd za kreacją, dodatkami, wygodnymi, a przede wszystkim modnymi butami…, hmm… dziwne, ale to również mnie nie ekscytuje – czemu?? Nie mam pojęcia zielonego…

A póki co… wieje halny, spada ciśnienie, a razem z nim mój nastrój. Ech…, oby do wiosny…

hotice

21 sie 11 Cztery katarakty do wolności.

Dzisiaj trochę narzekania…, dawno sobie nie marudziłam tak od serca… . Czy mam powód?? A jakże!!

Dziwnym i tajemniczym zbiegiem okoliczności, miałam niewielki, acz bolesny wypadek… spadłam ze schodów. Ciemno było, pośpiech, śliskie skarpetki i… nie zdążyłam złapać się poręczy… . W efekcie zjechałam z trzech ostatnich stopni w dość ekspresowym tempie, a na ostatni ległam plecami z siłą dość okazałą :(

Kiedy wróciła mi świadomość, a zaskoczenie sytuacją było dość duże, więc chwilę trwało jak dotarło do mnie, że leżę…, poczułam ból pleców i obu łokci. Na szczęście głowa nie uległa obiciu, choć … kto to wie czy to dobrze…, może by mnie coś nagle oświeciło np., albo co innego…, może w końcu coś by zaskoczyło, jakaś zapadka, może by się ułożyło, to co nie może się ułożyć od dłuższego czasu? Może odnalazłabym odpowiedzi na tyle nurtujących mnie pytań, może w końcu nastałaby jasność…?? Może…., a może wręcz odwrotnie…, stało się jak się stało…, czułam paraliżujący ból lędźwi i obu łokci :(

Dzień po wypadku mocno się oszczędzając… leżałam…, nie mogłam się ruszać. Następnego dnia, a była to ubiegła sobota, postanowiłam (upominana dość stanowczo przez przyjaciół), udać się do szpitala miejscowego i wykonać Rtg kręgosłupa.

No ok…, zadzwoniłam do szpitala, poinformowano mnie, że nie będzie z tym najmniejszego problemu, wykonają zdjęcie Rtg kręgosłupa od ręki, jedyne co muszę ze sobą zabrać jest Dowód Osobisty i mój NIP… no i oczywiście ja sama – tyle wystarczy :)

Zachęcona łatwością uzyskania pomocy, postanowiłam jechać. Ale… gdzieś z tyłu głowy słyszałam głos rozsądku, że tak łatwo to nie może to wszystko pójść, nie ma tak dobrze…, przecież to miejscowy szpital powiatowy! (celowo przemilczę gdzie zlokalizowany).

Dojechałam na miejsce, udałam się z wolna na SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy), z nadzieją, że idę we właściwe miejsce, w końcu to SOR!! Wchodzę… cisza, spokój, pacjentów brak…, jedynie jeden pan czekający najwyraźniej…, rozglądam się za jakąś personą w kitlu, o… widzę napis „REJESTRACJA”, podchodzę więc i… persony brak. Czekam więc cierpliwie… 2minuty, 5 minut, 10 minut…, czuję ból…, persony wciąż brak…

Po ok. 15 minutach czekania już niezbyt cierpliwego, pojawia się w bocznych drzwiach pani, w makijażu dość wieczorowym i wyglądzie wszechwładnej portierki z akademika lat 80-tych. Nie przedstawiając się (a plakietki z nazwiskiem i funkcją jakoś nie dostrzegłam), przez lekko uchylone drzwi, zebrała ze mną tzw. wywiad i kazała poczekać. Po chwili wróciła i łaskawie mnie wpuściła do wewnątrz. Uff… pierwsza katarakta zaliczona!

Tam odczekałam swoje kolejne kilka minut, aż przyjdzie do mnie pielęgniarka, również bez plakietki, w ubranku tzw. blokowym, czyli mundurku niebieskim operacyjnym, siadła i znudzonym głosem  powiedziała: „A dzień dobry…, taka jakaś jestem…”… . Noo…. to już wiedziałam jak się czuje pielęgniarka, czekałam już tylko, aż zapyta mnie o to. No i się nie zawiodłam…, zapytała co się stało, gdzie boli i wypisała skierowanie na Rtg kręgosłupa. Uff… druga katarakta zaliczona!

To był dopiero półmetek…, nie sądziłam, że prawdziwa jazda bez trzymanki dopiero przede mną…

Udałam się na Rtg…, odczekałam swoje (nie będę pisać ile…), otworzyły się drzwi pracowni i wyszedł zatroskany technik, o niemłodej już aparycji, w okularach „lenonkach” i włosach zaczesanych na pożyczkę.  No trudno…, nie każdy może wyglądać jak Al Pacino czy Andy Garcia… ech…

Wydaje mi się, że jakbym zobaczyła w drzwiach takiej urody technika, to i ten uciążliwy ból pleców w odcinku lędźwiowym kręgosłupa już by tak mocno nie doskwierał i czekałabym grzecznie jak zaczarowana na zrobienie tego zdjęcia Rtg, tyle, ile trzeba by było…  ;)

No ale życie nie jest takie piękne… ech….

Pan technik wziął ode mnie skierowanie i od razu orzekł z kategoryczną miną, że prześwietlenia mi nie wykona, bo aparat Rtg jest zepsuty i już. A właśnie w tej chwili jest w pracowni ekipa techniczna i panowie naprawiają maszynę i on nie ma zielonego pojęcia ile to potrwa, może godzinę, może dwie… . Co prawda jest jeszcze drugi aparat, ale… on nim zdjęcia nie wykona, itd, itd. Odwrócił się na pięcie i… już chciał zamknąć drzwi pracowni, ale zareagowałam natychmiast! Stanowczo zażądałam wykonania badania Rtg, gdyż jestem po upadku ze schodów – to po pierwsze, odczuwam ból duży – to po drugie, a po trzecie – pracownik SOR-u nie skierował mnie do innego ośrodka medycznego w celu wykonania badania Rtg, tylko tutaj, więc…. domagam się kategorycznie wykonania badania!

To co usłyszałam po chwili, wprawiło mnie w zdumienie : a to, że rozmowa z kobietą nie ma sensu, a to, że każdy pacjent jest taki sam – myśli tylko o sobie i o swoim nosie, a to że nie rozumiem, że PRZESZKADZAM w tym momencie ekipie technicznej, która co rusz musi przerywać pracę, bo wciąż KTOŚ przychodzi…, itd…., itd…., że jestem egoistką, bo nie interesuje mnie, że pacjenci na oddziałach pozbawieni są sprawnego aparatu!! A ja co jestem?? – zapytałam… – manicure przyszłam sobie tutaj zrobić??  Pan technik rozsierdził mnie do żywego. Panowie z ekipy technicznej taktownie wyszli z pracowni, litując się nade mną, a pan technik wciąż się upierał przy swoim….

Miałam dość! Kategorycznie zażądałam, by pan technik przestał w końcu biadolić i zajął się mną i moim badaniem Rtg.  Nasłuchałam się jeszcze gderania, ale… zostałam wpuszczona i „obsłużona”. Było ciężko, ale trzecia katarakta była za mną.

Ze zdjęciami Rtg udałam się z powrotem na oddział SOR, gdzie „niebawem”miał zejść chirurg, nikt nie był w stanie mi powiedzieć kiedy przyjdzie, bo „jest jeden na cały szpital i się nie sklonuje”… a tak w ogóle, to oparta o ścianę,  stałam i zapuszczałam korzenie w tartanowej podłodze oddziału ratunkowego, będąc dla nielicznego personelu zupełnie niewidoczną. Nie mogłam uwierzyć, że to oddział ratunkowy…, kto tutaj kogo ratuje? W jaki sposób i kiedy, przede wszystkim…, tam nie było ruchu, nie było zapytania żadnego przez dłuższy czas co ja tutaj robię, jak się czuję, czy może nie potrzebuję pomocy…

Po odstaniu kolejnych minut (wielu), weszłam na rozmowę z chirurgiem, ufff…  . Obejrzał zdjęcia Rtg i oznajmił, że jest jedynie silne obtłuczenie miejscowe, bez odprysków kręgosłupa. Co za ulga! Wypisał kartę informacyjną, dał zalecenia… i już mogłam wracać do domu. Czwarta katarakta okazała się najmniejszą, choć najważniejszą.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak ja się cieszyłam, kiedy to pani o wyglądzie portierki, która okazała się jednak rejestratorką, po raz wtóry otworzyła mi drzwi …., drzwi do wolności…

Kochani… uważajcie na siebie… i nie chodźcie w skarpetkach po schodach…

 

hotice :)



21 cze 11 Dr Jekyll i Mr Hyde…?

Zastanawia mnie ostatnio pewne zjawisko…

Czy nasze zachowanie warunkowane jest sytuacją jaką zastajemy w danej czasoprzestrzeni, czy ta sytuacja kreuje nasze zachowanie – i w jakim stopniu? Co decyduje o takim czy innym naszym stanowisku, o naszych poglądach, czy to co mówimy jest tym samym co myślimy? A jeśli tak, to czy zastanawiamy się nad reakcją środowiska na nasze stanowisko? Jak bardzo jest to dla nas ważne?? A jeśli nie jest…., to czy wciąż to co mówimy jest naszym stanowiskiem prawdziwym czy wykreowanym na potrzeby rozmówców?  Czy zmiany stanowiska w dyskusji są normą i jaką amplitudę stanowiska jesteśmy w stanie tolerować? Czy jednocześnie można mieć dwa rozbieżne zdania??

Zadziwiające jest to, że … jednak … MOŻNA!!

Baa!! Co tam zdania…, można mieć dwie, a nawet trzy różne osobowości, lub mieć usilną potrzebę kreacji tychże. Co warunkuje takie postawy? Samotność? Nietolerancja czy odrzucenie świata? A może samego siebie i swoich wyolbrzymionych słabości?? No bo chyba nie sukcesów… .

Czy to aby nie jest już sygnał, by udać się po poradę do specjalisty??

Ok, skoro nie Mahomet do góry, to góra do Mahometa…

Czytamy więc:

Zaburzenia dysocjacyjne

(na podstawie opracowania ze strony www.psychiatra.mobi – kompendium wiedzy o psychiatrii)

„…Zaburzenia dysocjacyjne są niezmiernie rzadkie. Mimo uwzględnienia ich w diagnostyce, nadal zdarzają się lekarze nie akceptujący takiej diagnozy. Wystąpienie dysocjacji osobowości związane jest z podatnością pacjenta na rozszczepienia osobowości (objawem może być np. łatwe wchodzenie w hipnozę) oraz silne, traumatyczne przeżycia w dzieciństwie.

Zaburzenia dysocjacyjne zwane są również osobowością wieloraką, lub – dawniej – podwójną osobowością. Rzadko jednak zdarza się, aby osobowość pacjenta rozszczepiała się jedynie na dwie osobowości (dr Jackyll i Mr. Hyde). Najczęściej, przeciętna liczba osobowości waha się od 6 do 16, choć znane są psychiatrii przypadki, kiedy osobowość chorego podzielona była nawet na 34 osobowości. Każda z osobowości może dysponować własnym głosem, umiejętnościami, mimiką i zachowaniem oraz wiedzą. Może zdarzyć się tak, że wyodrębniona osobowość potrafi wykonywać czynności, których osobowość podstawowa nigdy się nie uczyła (np. malować lub grać na pianinie). Po integracji osobowości, dodatkowe umiejętności poszczególnych „osób” znikają.

Terapia osobowości wielorakiej jest bardzo trudna i niezmiernie rzadko skuteczna. Polega na powolnej integracji poszczególnych osobowości w jedną stabilną strukturę. Niestety, bardzo często zdarza się, że już zintegrowana osobowość ponownie rozpada się pod wpływem impulsu lub traumatycznego doświadczenia.

Najczęściej, podstawowa osobowość chorego nie ma pojęcia o współistnieniu innych osób, choć bywa że „dodatkowe” osobowości wiedzą o sobie nawzajem.

Osobowość wieloraka jest najbardziej tajemniczym zaburzeniem znanym w psychiatrii. (…)”

Słyszałam o przypadku człowieka, który miał dwie osobowości i to tak skrajnie odmienne, że w normalnym codziennym życiu było to nazbyt uciążliwe, nie do zniesienia wręcz… . Czyżby kolejny przypadek „Jekyll i Hyde„?? Zapewne…

Bo niby jak traktować faceta, który jednego dnia  jest lekiem na całe zło, uśmiechnięty, radosny, miły dla żony i dzieci…, a już dzień później trzeba schodzić mu z drogi i lepiej schować się w najdalszy kąt, by nie dawać pretekstu do konfrontacji i awantur, bo zachowuje się jak socjopata!!??  Typowe rozdwojenie jaźni…, bo niby co innego? I tak w kółko…, a może bardziej „w kratkę”…

Jeśli nie wchodzi w grę leczenie psychiatryczne w warunkach klinicznych, to co możemy zdziałać…, jak zaradzić temu problemowi i czy dotknięty rozdwojeniem jaźni człowiek, ma świadomość, że kwalifikuje się do leczenia? Jak mu pomóc?? W jakim stopniu mamy wpływ na kreację jego postawy??

Trudne pytania…., wiem…., ale wiem również, że i odpowiedź nie jest łatwa…

 

hotice :|

 

22 maj 11 Hipokrates ma wolny weekend.

Są takie dni, kiedy czas biegnie wolniej, a niekiedy po prostu się zatrzymuje. Ja poczułam to dzisiaj, kiedy przez około 30 minut wykonałam chyba ze 30 nerwowych prób połączeń z numerami lekarzy pediatrów i różnych moich znajomych, od których to miałam nadzieję uzyskać kolejny kontakt do kolejnego lekarza.

Nie mogłam uwierzyć, że w sytuacji, kiedy kontakt z lekarzem jest mi na cito potrzebny, ja jestem tego kontaktu pozbawiona! :(

Wniosek:    Lekarz nie pracuje w weekendy. No może soboty to jeszcze tak (zupełnie jak sklep wielobranżowy czynny do 14.oo), ale niedziele (o świętach nie wspomnę) – to już absolutnie zawiesza swoją PRYWATNĄ działalność na kołku i zupełnie nie interesuje go, że ktoś z jego stałych pacjentów może potrzebować nagle jego pomocy.

Ja wiem…, rozumiem…, lekarz też Człowiek, też ma Rodzinę, też chce odpocząć, iść do ZOO z dziećmi czy do kina z żoną, to oczywiste, ale… jak się to ma do złośliwych i czyhających za rogiem wirusów, atakujących akurat w weekend, kiedy zmęczeni całym pracowitym tygodniem lekarze i ich telefony komórkowe, są poza wszelkim zasięgiem??

Czy lekarz może mieć czas dla swoich pacjentów jedynie w wybrane dni tygodnia i to w przedziale czasowym od – do?? Czy składając przysięgę Hipokratesa, wyrecytował drobnym druczkiem, że w niedziele i dni wolne ustawowo, nie będzie dostępny dla zmartwionych matek gorączkujących lub wymiotujących dzieci?? Czy tekst przysięgi ma klauzulę mówiącą o tym, że pomoc chorym i potrzebującym udzielana jest w pon-pt.  w godz. 8.oo-16.oo lub 10.oo-18.oo ???

Mocno zaczęłam się nad tym dzisiaj zastanawiać…, kiedy to wedle zasady „lepiej spanikować niż coś przegapić”, wydzwaniałam do lekarzy w nadziei otrzymania kilku CENNYCH wskazówek dotyczących postępowania z chorym dzieckiem :(

Że szpital…?  No tak , wiem…, już widzę jak większość z Was rozpędza się  i z radosnym uśmiechem kieruje się do jakiegoś anonimowego lekarza w obskurnej Izbie Przyjęć  niedoinwestowanego szpitala :(

Czy tutaj wszystko musi stać na głowie?  Czy wyrażenie „Lekarz Rodzinny” w końcu funkcjonuje na naszym rynku usług medycznych, czy nie?


No chyba, że nie mam racji i przemawia przeze mnie rozgoryczenie i zmęczenie po całej dłuuugiej nocy spędzonej z córką w okolicach muszli klozetowej.

 

hotice :(

01 kwi 11 Gas & regularis…

Słowo się rzekło, kobyłka wiadomo gdzie… . Obiecałam…, to i piszę. Text zamówiony, to i z zamówienia trzeba się wywiązać. No i żeby nie było, że maniaczka na punkcie facetów jestem, zmieniam temat – na chwilę chociaż  ;)

Jak to koleżanka zlecająca ujęła – ma dość durnym reklam w radio na temat wypróżnień. No tak…, kto by chciał od rana na temat wypróżnień słuchać, jak może właśnie ma przerwę i sobie smaczne drugie śniadanko w pracy wcina :)

A teraz poważnie…

Poruszę tutaj na okoliczność tego nowego zleconego tematu dwa aspekty sprawy: reklama dźwignią handlu i reklama a życie.

Żeby wiedzieć o czym piszę, obejrzałam kilka reklam na youtube. No cóż…, przyznaję, że w wersji słowackiej, czeskiej czy węgierskiej, ogląda i słucha się ich o wiele lepiej ;)

Twórcy dostali nie lada zadanie, napisać scenariusz 30s filmiku, który ma wytłumaczyć zajadającym się pizzą paniom (zupełnie nie rozumiem dlaczego reklama ma trafiać do kobiet, przecież to nie podpaski czy tampony! i to mnie wkurzyło, nie powiem…), że powinny jeść konkretne jogurty na przykład, wówczas będą się regularnie wypróżniały i nie tyły od ciężkostrawnych dań.  No ok. … a co z oponkowatymi panami??? Hmmm…

Czy to co mówią w reklamie jest to fałsz i naciągactwo?? I tak… i nie….

Bo oczywistym jest, że od pizzy się tyje, a od jogurtów nie. Oczywistym jest, że jogurty, szczególnie na czczo, pozytywnie działają na przewód pokarmowy, oczywistym jest, że regularnie jedząc jogurty, regulujemy pracę jelit, jesteśmy „lżejsi” i nie mamy zaparć, to wszystko prawda.

Niezbyt oczywistym dla mnie jest fakt, że akurat te konkretnie zielone jogurty robią tak dobrze jak mówią o tym w reklamie, tym bardziej, że nie tak dawno zupełnie, firma reklamująca te swoje regularis jogurty, musiała zapłacić miliony kary za wprowadzanie klientów w błąd, bo…. i tu uwaga!!…. przeprowadzono badania składu tychże i… nie stwierdzono obecności tego, co tak dobrze miało nam robić w tym brzuchu :(

Analogiczna sytuacja z jogurtami działającymi rzekomo na naszą odporność :(

Tak więc…., apel do wszystkich…. NIE DAJMY SIĘ ZWARIOWAĆ!

Reklama nie jest dziedziną, która ma mówić nam prawdę i informować o czymkolwiek, tylko ma spowodować, żeby widz zapamiętał produkt i przy najbliższej okazji sięgnął po niego na półkę sklepową. Dlatego aktorzy występujący w reklamie jogurtu w zielonym pudełeczku, ubrani są na zielono, a aktorzy reklamujący środki przeciwbólowe z czerwonym napisem – na czerwono są odziani. To zabieg celowy i mocno przemyślany, bo nawet jak zapomnimy nazwy produktu…, zapamiętamy kolor. Dziecinnie proste i uczą na pierwszych wykładach z reklamy – temat: „Skojarzenia i działanie na podświadomość”.

No… :)

Tak więc wygląda rola reklamy w handlu i w realnym życiu.

Reklama to twór żyjący swoim własnym życiem i obawiam się, że nie wymyślono nic lepszego jeszcze, żeby tak dobrze wspomagać handel. To oczywista oczywistość. I gdyby było inaczej, nie byłby to tak prężny dział twórczości filmowej i nie tylko, przecież mamy tutaj jeszcze reklamę wizualną w wielu mediach, w dużym formacie…, jaką kto chce i gdzie chce.

Inną sprawą jest takie tworzenie  i takie formułowanie treści reklamowych, jakby reklamę miały oglądać niezbyt rozgarnięte paniusie.

A już angażowanie do reklam znanych twarzy, aktorów, modeli, już nie wspomnę o osobach publicznych żywcem przeniesionych ze swoich miejsc pracy typu szpital czy przychodnia…, według mnie mija się z celem i kosztuje za duże pieniądze.

No oczywiście…, dochodzimy tutaj w końcu do miejsca, gdzie należy sobie jasno powiedzieć, dla kogo ta reklama jest produkowana i czemu ma służyć zatrudnienie aktorki miłej i przyjaźnie uśmiechającej się z ekranu tv-seta…

Klient z tzw. „średniej” półki, a często i „niższej”, oglądający co rusz ciągnące się w nieskończoność seriale i żyjący życiem swoich bohaterów z monitora, jest idealnym odbiorcą treści takiej reklamy, bo przecież on łyknie wszystko co mu ta wyimaginowana pani dr Małgosia czy inna matka-żona i kochanka, zareklamuje ze słodkim uśmiechem na jego monitorku ;)

O…

I cała filozofia to jest…

Nie dajmy się zwariować ludzie…, nie dajmy :D

 

hotice :)

24 mar 11 Mieszanka codzienna

Pewnie zdarza Wam się tak jak i mnie, rano odpalić kompa i z ciekawością dziecka logować się wszędzie gdzie tylko można, by sprawdzić co kto napisał, co dodał, co słychać to tu, to tam…, przegląd prasy zrobić, przelecieć nagłówki w Onecie…

Ja… przyznaję się bez bicia, robię to codziennie, niezmiennie, weszło mi to w krew. Gdybym nie odpaliła mojego laptopa i nie posprawdzała co w tej wirtualnej trawie piszczy, czułabym się dość dziwnie… Kiedyś miałam taką sytuację, nie było rano prądu, a bateria w laptopie nie była naładowana i… niestety…moje okienko na świat nie działało. Siedziałam tak jakąś chwilę, patrzyłam na to urządzenie elektroniczne, dające mi tyle radości i nie mniej wrażeń i… byłam zagubiona :(

Poczułam się wówczas tak bardzo… prowincjonalnie…, jakbym nagle znalazła się gdzieś daleko, daleko na jakimś stepie szerokim, gdzie nie ma szansy uwidzieć choćby namiastkę cywilizacji. No bo jednak, jak się okazuje, przyzwyczaiłam się dość szybko do wszystkiego tego, co niesie internet, do informacji szybkiej, do kontaktów z ludem, przy minimum fatygi, gdzie nawet komórki do ręki nie trzeba wziąć i numeru wykręcić, co za tym idzie – nie trzeba płacić…

I tak właśnie, nastawiona na wejście i podłączenie się do tego naszego matrixa, włączyłam laptopa też i dzisiaj. Hasło tu, hasło tam…, enter…. i….  jestem :)

Onet jako strona startowa…., a tutaj…., pewnie tą mieszankę widzieliście, to kilka wybranych tytułów (kolejność zamierzona):

Strach przed żywnością z Japonii. Radiacja dziesięciokrotnie wyższa

Ten chłopiec ma tylko 3 lata i waży już 60 kg

Kolejne ataki sił zachodnich na Libię

„Elizabeth Taylor była jedną z najpiękniejszych aktorek”

Skandal z udziałem pijanych policjantów

Jeden z nowych cudów świata jeszcze większy

„Misia” szuka pracy, czyli co zwraca uwagę w CV

W Krakowie powstają wielkie maszty telefonii komórkowej

Trener Wisły jeździ na rowerze

Koniec świata przesunięty

Wojewódzki: Nergal telefonicznie porzucił jędrne soft porno

….. i wiele wiele innych……………………..

Jak widzicie, groch z kapustą zupełnie…

Zastanówmy się przez 10s przynajmniej, czy i co jest tam ważne, no i dlaczego…, co jest zwykłym śmieciem, który czytając wtłaczamy sobie do głowy… Czy w ogóle czytając, podaną nam na tacy pulpitu kompa, papkę informacyjną, zastanawiamy się co czytamy i po co? Czy robimy to rozumnie? Czy zatrzymujemy się chwilę należną przy tragedii japońskiej i odczuwamy beznadzieję tamtej sytuacji? Czy dociera do nas, że odeszła prawdziwa Królowa Kina, a tak wielu z nas tak mało o Niej wiedziało………..?? No tak…, śmierć ma tą siłę, że wynosi bohatera na plan pierwszy wszystkich news’ów…, teraz z pewnością się dużo o Niej dowiemy….

Taa….

 

hotice :)

15 mar 11 Istota sensu i nonsensu

Uwaga, zastanówmy się przez chwilę…

Czy to co robimy ma sens? Czy nasza praca ma sens? Czy to co robimy w wolnym czasie ma sens? Czy pisanie na tym blogu ma sens?? Jeśli tak, to jaki on jest i kto o nim decyduje? Czy nasze codzienne borykanie się z rzeczywistością, opieranie rodziny i karmienie, ma sens? Czy w ogóle zdajemy sobie sprawę z istoty sensu w naszym życiu?  Pewnie tak, jak złapiemy doła… .  A czemu nie bez tej niezbyt miłej okazji?

Czy to co robimy dla innych ma sens? No oczywiście! A jakże! Samarytan wciąż mało, w końcu biedy i krzywdy jest tak dużo na naszej planecie. No to ok., przynajmniej tyle wiemy…, pomagać innym jest sensowne i bardzo pożądane. Uff…

A teraz zastanówmy się, czy wszystko inne, co nie jest pomocą potrzebującym i skrzywdzonym ma sens??

Pytanie zadaję nie bez kozery, zapewniam Was, bo może się okazać przy głębszym zastanowieniu, że… normalnie w świecie żyjemy sobie dzień za dniem zupełnie bez sensu, inaczej mówiąc – jesteśmy pogrążeni w nonsensie :(

I wychodzi na to, że to wszystko co poza pracą robimy, oparte jest na czystym książkowym egoiźmie, no bo przecież sprawiamy radość niekłamaną sobie głównie! A do hedonizmu specjalnie nie zaglądam teraz, bo jest kilka osób, co by mnie na suchej gałęzi za takie poglądy…

No właśnie…

Czyli w końcu co? Bo już się pogubiłam…

Czy istota sensu ludzkiego życia leży w pomocy innym? Zapewne tak, ale czy naprawdę tylko?? Czy Ci co tego nie robią tak spektakularnie jak inni, nie odnajdują sensu w swoim życiu? Absolutnie się z tym twierdzeniem nie zgadzam, absolutnie. A Wy?

Ps. Za inspirację do popełnienia tego nonsensu o sensie, dziękuję mojej klasowej koleżance z NK.

A to dedykacja dla Niej ;)

hotice :)

 

 

15 mar 11 Ot-dent…

Poniedziałek, godz. 20.30 – wizyta u stomatologa…, ustalona odpowiednio wcześniej oczywiście, by w jej trakcie mieć komfort czasowy w postaci 30 minut na to niezwykle intymne spotkanie. W przeciwnym razie, tzn. gdybym chciała szybciej, z marszu, bo co prawda trochę coś tam pobolewa, więc z bólem każden jeden dentysta przyjmie…, na intymność i odpowiednią atmosferę nie mogłabym liczyć. Hmm.., czyli dokładnie jak …, no wiecie gdzie.., nawet przedział czasowy pasuje ;)

No więc jadę…, wyjechałam jak nigdy w życiu! 40 minut wcześniej!! Nie spieszę się, bo wiem, że mam czas, zapodałam w aucie radio moje ulubione (Radio Eska Rock – nadrabiam zaległości), by mnie letko zrelaxowało przed wizytą niezwykle wyczekiwaną, lecz maxymalnie asexualną. No i jadę…, pomału, niespiesznie, reguluję oddech, bo jakoś się denerwuję samą myślą, że zaraz…

Aż tu…pośród ciemności wszechobecnej, jadąc po terenie zabudowanym, a dokładniej mówiąc  zabudowanym domkami w takim powiedzmy sobie szczerze,  mocno wiejskim stylu, stoi radiowóz oznakowany, a przed nim człowiek – bez wątpienia, gestami dość jednoznacznymi, przy pomocy pomocy świecącej na czerwono i mającej dość znajomy i definiowalny kształt – zatrzymuje mnie i każe zjechać na pobocze. Człowiek ten okazał się funkcjonariuszem Żandarmerii Wojskowej.

No dobrze – pomyślałam – kontrola drogowa łączonego patrolu, spoko… Wyłączyłam muzykę, otworzyłam okno i czekam na pana. A pan funkcjonariusz, podchodzi do mnie z radarem i mówi, że dokonał pomiaru na odcinku mojej jazdy 560m i odczytał na niej prędkość 86km/h. No ok., pomyślałam sobie, zjeżdżając na pobocze zerknęłam na prędkościomierz i faktycznie, tak jechałam.  Pan poprosił mnie do radiowozu, gdzie dopiero co skończywszy wypisywanie mandatu, siedział pan policjant. Zaprosił mnie serdecznym gestem, więc wsiadłam, nawet się nie zdążywszy zdenerwować faktem zatrzymania. Widocznie byłam tak spięta na samą myśl o wizycie u dentysty, że zatrzymanie za przekroczenie prędkości, nie było w stanie zdenerwować mnie bardziej.

No i zaczęło się… imię matki i ojca, gdzie pracuję, czy mam punkty, a czemu i gdzie tak się śpieszę w ogóle…

No jak to usłyszałam, wybuchłam śmiechem! Dobrze, że pan policjant okazał się człowiekiem z poczuciem humoru (dzięki Bogu są jeszcze tacy!)

Ja się śpieszę? Właśnie udaję się do dentysty na męki i jadę jak na ścięcie, właśnie nieśpiesznie jakoś – powiedziałam.

No tak – odpowiedział policjant – ale prędkość została przekroczona o 36km/h na terenie zabudowanym i jest za to mandat 300zł i 6pkt karnych.

Oniemiałam, ale wciąż nie odnotowałam zwyżki nerwacji. Z uśmiechem na ustach oznajmiłam, że widocznie tak było, skoro tak mówi, przecież zna się na tym, a mnie to już i tak wszystko jedno, bo za chwilę będę na fotelu w mękach trzeci raz tego samego zęba otwierać, więc… już mi nie straszne nic.

Pogadaliśmy chwilę, jakoś czas powoli mijał, również o kolacji, co w myślach pana policjanta coraz częściej się pojawiała, by po chwili się rozstać w miłej atmosferze bez mandatu 300zł i 6pkt karnych.

Hmm…, grunt to być Człowiekiem i o tym nie zapominać, nawet jak praca, którą wykonujemy, narzuca nam bycie kim innym.

Wysiadłam z tego radiowozu, uwierzcie mi…, wyluzowana i uśmiechnięta, nie miałam już stracha przed dentystą, łatwiej mi się oddychało. Tak dobrze się czułam, że nawet wpadło mi na myśl w podzięce mignąć awaryjnymi, ale się opanowałam. Nie zrobiłam tego jednak, ale czynię to teraz.

Dziękuję Panu Policjantowi za to, że mnie zatrzymał i chwilę ze mną porozmawiał, bo gdyby nie On, chyba bym explodowała w trakcie tej 15km-owej drogi do dentysty. Poświęcił mi swoje prawie 10 minut swojego czasu służbowego, ja więc w podzięce oddaję Mu to 10 minut, ale w innej formie  ;)

(…)

Kilka godzin wcześniej jadąc w korku, przeczytałam napis na klapie bagażnika samochodu jadącego przede mną i poczułam, że zaczynają boleć mnie wszystkie zęby:

„ot-dent… leczymy drogo i boleśnie…”

Co za idiota wymyśliła to hasło!!? – pomyślałam. Ale po chwili stwierdziłam, że choć idiotyczne, bo powodujące somatyczne odczuwanie bólu, jednak jest genialne, właśnie z tych samych powodów. Po kilku godzinach wciąż to hasło pamiętałam ;)

 

hotice :)